Najnowsze Wpisy

linkologia.pl spis.pl

Gorąco powitać pragnę po dłuższej przerwie. Jako, że w kalendarzu się trochę pozmieniało, a koncertowa wiosna za pasem w dzisiejszym odcinku chciałbym przedstawić swoje koncertowo-muzyczne plany, które zrealizuję/chciałbym zrealizować w 2017 roku.

 

Poniżej lista tych koncertów, na które bilet już nabyć zdążyłem. Więc wygląda to tak:

 

UK Subs, TV Smith, Bunkier (29 stycznia, Kwadrat) – „We’re getting ready!”. No i ja też się szykuję. Na swój pierwszy koncert spod znaku punk. K. w zeszłym roku okrutnie marudziła, żebyśmy poleźli na Punk Fest, ale ostatecznie nie dotarło tam żadne z Nas. Mobilizacyjnie chyba podziałał fakt, że zespół zagraniczny, uznany, a do tego w całkiem rozsądnej cenie. Do tego ciekawy „chłopiec z gitarą” jako support (TV Smith urzekł mnie dosyć brawurowym wykonaniem oraz ciekawą aranżacją utworu „Pushed again” z repertuaru grupy Die Toten Hosen). Jeśli chodzi o Bunkier, został on dodany trochę na ostatnią chwilę i za bardzo nie mogę się wypowiedzieć o nim. Bardzo mnie zastanawia czy pogować będą wszyscy, czy tylko trzy czwarte sali. Cieszę się, że poznam coś nowego i że przełamałem swoje obawy (choć jeszcze nie do końca) odnośnie publiczności na punkowych koncertach. I czekam na „Emotional blackmail”!

 

Kult (4 lutego, Kino Kijów) – wkraczamy w miesiąc luty, a tam od razu na początku prawdziwa bomba. Bomba, bo należy poczynić adnotację, że będzie to koncert akustyczny. Wybierałem się na tego typu wydarzenie od wiosny 2015, kiedy to jeszcze zasilałem szeregi szkoły średniej. I już za niecały miesiąc będę miał ogromną przyjemność po raz siódmy zobaczyć „grupę młodzieżową na K”. Niby po raz siódmy, a tak naprawdę pierwszy. Kupnem biletu na koncert z trasy „Akustik” spełniłem swoje kolejne koncertowe marzenie. Dobrze, że jeszcze kilka ich zostało!

 

TSA (24 lutego, Kwadrat) – pod koniec lutego w Kwadracie muzyczny Kraków będzie świadkiem dwóch niesamowitych występów – gołym okiem widać, że ten weekend zostanie zapamiętany na długo. Na początek weterani, którzy w Polsce stworzyli prawdziwy heavy-metalowy świat. Zespół obdarzony największą energią w historii polskiej muzyki (słynne zdemolowanie Sali Kongresowej w 1982 roku przez fanów grupy). To dopiero trzeci koncert metalowców z „jasnej strony mocy”, który będzie mi dane zobaczyć. Tym bardziej niecierpliwie czekam, ponieważ w 2016 nie zajrzeli do Miasta (a pewne przeszkody były żeby zobaczyć ich w Nowym Targu).

 

Lao Che (26 lutego, Kwadrat) – płynnie przechodzimy do drugiej części tego wspaniałego weekendu. Zespół, który dziesiątkami, jeżeli nie setkami koncertów na trasie „Dzieciom” przez ostatnie dwa lata zdobył i ugruntował pierwszą pozycję na koncertowej mapie Polski. Idealne połączenie rapu, rock’n’rolla, alternatywy i awangardy doprawione niebanalną warstwą tekstową autorstwa Spiętego. Każdy kolejny koncert „Rycerstwa zachodniomazowieckiego”, który widziałem był lepszy od poprzedniego (z wyłączeniem występu w Lublinie, kiedy płocczanie supportowali The Cranberries i byli zmuszeni mocno skondensować swój występ). Numer siedem zapowiada się smakowicie w tym wiosennym rozdaniu. Może pojawi się jakiś utwór z przygotowywanej właśnie (również siódmej) płyty? Mam nadzieję, że już coś tam jest gotowe!

 

Sztywny Pal Azji, Proletaryat, Kobranocka, Róże Europy (4 marca, Teatr Łaźnia Nowa) – jedno z większych (pod względem ilości wykonawców, tuż obok Punk Festu 2017) wydarzeń na wiosnę. Najważniejsi przedstawiciele „rocka harcerskiego” na początku marca przyjadą do Nowej Huty – taka koncepcja sprawdziła się pod koniec lutego 2016, kiedy to ten sam skład (z wyłączeniem Proletaryatu) zapełnił dwukrotnie (i to dzień po dniu!) Kwadrat. A jako że Łaźnia jest większa od Kwadratu, no to tam przenieśli. Tylko po jaką cholerę zapraszać tych nieudaczników z Róż Europy, to ja już nie wiem… Zapomniałem wspomnieć, że widziałem te trzy kapele na żywo i Róże bardzo odstawały od poziomu prezentowanego zarówno przez Kobranockę jak i Sztywny Pal Azji. Mam nadzieję, że Proletaryat przeskoczy tę poprzeczkę. 

 

Hunter (18 marca, Kwadrat) – osiemnasty dzień miesiąca marca będzie dobrym dniem. Od kilku dni jestem w posiadaniu biletu na ich koncert, a w związku z tym, że chciałem od jakiegoś czasu się przekonać jak prezentują się na żywo, na mojej liście jest w tej chwili jeden zespół mniej do odhaczenia. To bardzo dobrze. Choć z pewnością stanie się tak, że na tą listę przybędą kolejne kapele i to już niedługo. Czekam na Draka i spółkę tym mocniej, że w październiku 2016 dotrzeć się nie udało.

 

System Of A Down (17 czerwca, Tauron Arena) – kalendarzowo to jeszcze wiosna, aczkolwiek czerwiec jest już znakiem okresu letniego (względnie plenerowo-festiwalowo-stadionowego) w kalendarzu koncertowym. Ale pod dachem też można zaszaleć. I do tego wielką gwiazdę sprowadzić. O spełnieniu marzeń już mówiłem, o istnieniu nowych numerów Systemu też. Więc napiszę tylko, że mam nadzieję na koncert tak dobry jak ten Rammsteina we Wrocławiu.A jak będzie jeszcze lepszy to specjalnie obrażony nie będę.

 

 

Poniżej znajdują się koncerty, na które z różnorakich względów jeszcze się nie zdecydowałem. Niemniej na każdy z nich chętnie bym się wybrał. I będę mocno rozpaczał, jeśli któryś z nich nie wypali…

 

Green Day (21 stycznia, Tauron Arena) – koncert w ramach trasy „Revolution Radio Tour” promującej krążek „Revolution Radio”, w mojej ocenie całkiem udany. Jak już chyba zdążyłem napisać, przez dłuższy czas niespecjalnie mnie przekonywali. Koniec końców Billiemu i spółce się to udało, aczkolwiek zagorzałym fanem już raczej nie zostanę. Chociaż historia powstania „Wake me up when September ends” jest naprawdę dramatyczna. Nie będę ukrywał, że dużym plusem jest to, że taki koncert jest „na miejscu”, więc jakakolwiek logistyka okołowyjazdowa odpada. Aczkolwiek jestem bardzo ciekawy jak taki kalifornijski punk rock brzmi na żywo (choć większą ekscytację wywołałby we mnie występ The Offspring niż Green Daya). Ceny przyzwoite, średnio wygórowane, biletów jeszcze sporo (co może dziwić) – można iść!

 

Vavamuffin (18 lutego, Zet Pe Te) – kolejny bardzo ciekawy przypadek. Na koncert warszawskich reggaemanów wybieram się od listopada 2010. Ponad sześć lat. Vava jest kapelą, na którą czekam zdecydowanie najdłużej ze wszystkich (na TSA wybierałem się od marca 2009, udało się dopiero w grudniu 2014) choć zaznaczyć trzeba, że przez ten czas odwróciłem się dosyć mocno od tego typu muzyki. Chłopaki są właśnie po nowej płycie „Ferajna” (jeszcze nie mam o niej zdania, bo się nie zapoznałem, być może nabędę w najbliższej przyszłości), chociaż jak to zwykle oni zbyt wielu koncertów nie grają. No nic, może tym razem się uda. Bardzo jestem ciekawy miejsca pod tajemniczą nazwą Zet Pe Te – ni cholery nic mi to nie mówi, więc tym bardziej jestem zainteresowany.

 

Dżem (11 marca, Spodek, Katowice/30 marca, Filharmonia) – jako że Dżem od zawsze na zawsze jest niepodważalnym numerem jeden najchętniej wybrałbym się na oba wymienione koncerty. Oby dwa są usytuowane w bardzo ciekawych miejscach (miło by było wrócić po ponad siedmiu latach do Spodka! A w Filharmonii byłbym pierwszy raz w życiu, bo prosty człowiek z Huty jestem). Katowice bilsko, więc logistyka niewielka, a koncert w Spodku to zawsze spore wydarzenie. Niezależnie kto jest na scenie. Co do koncertu w Mieście jest on szczególny z tego względu, że występ ma formułę akustyczną, a w takiej odsłonie Zespół widziałem niestety jedynie raz. I to kupę lat temu. Wartałoby przypomnieć sobie, jak taki wariant wygląda.

 

Voo Voo (25 marca, Teatr Variete) – do Waglewskiego i spółki pasuje idealnie określenie „zespół inny niż inne”. Takie Lao Che pozbawione elektroniki, w sposobie grania, oraz z podwójną porcją mistyki w przekazie ( „Gdybym”!) osadzone w późnych latach 80., odnoszące swoje największe suckesy dekadę później. Myślę sobie, że muzyka, którą proponują dobrze się sprawdzi w takim miejscu jak teatr. Na ich koncercie jeszcze się nie zjawiłem, więc tym większą mam nadzieję, że będzie mi to dane, oraz że nie będzie zawodu.

 

KAT (7 kwietnia, Kwadrat) – reprezentanci „ciemnej strony mocy” są w Mieście dość często. Zwykle wpadają na wiosnę. Do pewnego momentu miałem awersję jeżeli chodzi o rzeczy cięższe niż początkowa Metallica (przykładowo nie mogłem przekonać się do Systemu), ale z czasem zacząłem być takiej muzyki ciekaw (Acid Drinkers). Choć takiego Slayera na dłuższą metę słuchać bym nie był w stanie. Z Acidami się udało – jestem przekonany, że KAT również mi przypadnie do gustu. „Łza dla cieniów minionych” jest przecudna. Tak, mogą się Państwo naśmiewać, że idę na ich występ tylko po to, żeby usłyszeć ten utwór, jednakże w dawnych czasach pół Europy w ten sam sposób chodziło na występy węgierskiego zespołu Omega. I dobrze było.

 

 

Jeszcze potrzebuję delikatnie napomknąć o grupie Lipali – ich koncert w Zaścianku pokrywa się z koncertem zespołów „rocka harcerskiego” w Łaźni. Szkoda niezmierna, że przenieśli ich na taki termin niezręczny. A co do grupy to to nieźli grajkowie są. Jeszcze wpadnę na ich występ. Szczególną sympatią darzę utwór „Upadam”. „Kawy dwie” też dają radę.

 

OGŁOSZENIA:

1.       4 stycznia 1967 roku ukazał się światu debiutancki album grupy The Doors. Ciężko mi uwierzyć, że od tej premiery minęło już 50 lat. Z tej okazji następna podróż będzie się tyczyła tej właśnie grupy (choć nie wiem jeszcze co dokładnie zostanie zawarte i jaką przybierze to formę).

2.       Dwudzieste trzecie notowanie Topu Wszechczasów w radiowej Trójce nie zawiodło, jak zawsze zresztą. Oczywiście pojawili się na wysokich miejscach Ci, których już z nami nie ma: George Michael („Careless whisper” – 107. miejsce), David Bowie („Space oddity” - 105., „Let’s dance” - 83.) Leonard Cohen („Dance me to the end of love” - 81., „Hallelujah” – 41.) oraz Prince („Purple rain“ – 19.). Zwyciężyła grupa Queen z „Bohemian rhapsody“, która zdetronizowała „Brothers in arms“ zespołu Dire Straits. Jeśli o mnie chodzi nie odczułem ogromnej różnicy, aczkolwiek nigdy nie żałuję tych kilkunastu godzin przy radiu w Nowy Rok.

kilkaslowomuzyce : :

#4 - Płyty z marzeń i snów Komentarze (0)
25. grudnia 2016 17:25:00
linkologia.pl spis.pl

 Witam serdecznie i zapraszam w kolejną muzyczną podróż. Dostałem sygnał od A., że zabieram się za niektóre sprawy zbyt fachowo tutaj, więc postaram się deczko rozluźnić swoje podejście. Dzisiejsze gdybania poświęcone zostaną płytom i albumom, które są upatrzone przeze mnie krócej bądź dłużej i czekają na mnie jeszcze na sklepowej półce. Swoją drogą, kosztowna ta pasja, nie ma co…

 

POLSKA

Oczywiście zacznę od sceny mi bliższej. Pozycji jest mniej, bo bardziej wkręciłem się w polskie granie (szczególnie pierwszą połówkę lat 80.) no i tak już na dobre zostało. I na złe.

 

Oddział Zamknięty - „Reda by night” – zespół, który przewijał się od świadomych moich początków z muzyką nieco inną, niż graną w radio (chociaż oczywiście Antyradio, Rock Radio, Eska Rock i Program III Polskiego Radia łamią ten zastany schemat). Idealne połączenie rocka, nowej fali i punka okraszone bardzo dobrym wokalem (do czasu kiedy Jary nie stracił ok. 2/3 swojej mocy w głosie przez różnorakie używki).  Dlaczego ten, a nie inny krążek? Ano z kilku powodów. Krzysztof Jaryczewski miał pełnię władzy w gardle, debiutancką płytę OZ mam w wersji winylowej (w spadku po tacie, ale mam), a na „Redzie…” jest kilka wyśmienitych kawałków (m. in. „Pokusy”, „Horror”, „To tylko pech”…). Fascynacja Oddziałem mi już dość dawno przeszła, jednak taki okaz jest godny upolowania. Chociażby z szacunku do legendy.

 

O.N.A. - „Bzzzzz” – po raz pierwszy o istnieniu Agnieszki Chylińskiej usłyszałem we wrześniu 2008, jednak poważniejsze zainteresowanie ta grupa wzbudziła we mnie wiosną 2010. Kawałek pt. „Suka” po dziś dzień siedzi w mojej głowie, choć nie tylko on. Rozmyślałem mocno, czy nie wstawić płyty „Mrok” miast drugiego krążka w dorobku kapeli, ale teksty o zgubnym wpływie używek (alkohol w „Absta”, narkotyki w „Jedziesz, jedziesz” i „Białych ścianach”) wygrały z opowieściami o depresji („Niekochana”), nieudanych relacjach damsko-męskich („Zmęczona”, „Suka”), czy anoreksji („Szpetot”). Chociaż temat nieszczęśliwej miłości jest zasygnalizowany także na „Bzzzzz” („24 godziny po…”, „Krzyczę – jestem”), nieszczęście poużywkowe rusza mnie mocniej. Riedel, Morrison, Cobain, Joplin… Wicie, rozumicie. Tęsknię za Nimi.

 

KNŻ – „Porozumienie ponad podziałami” – tu też miałem dylemat, czy nie napisać o „Bar la curva/Plamy na słońcu”, ale za duży tam rozstrzał między rzeczami zagranymi dobrze (obie tytułowe piosenki, „Polska jest ważna”, „Hanna Gronkowiec Walczy”, czy punkowa wersja antysystemowej „Ballady o Janku Wiśniewskim”), a tymi wyraźnie słabszymi („Jak zło się rodzi?”, „Przecięty na pół”, „Skończyłem się”). Na „Porozumieniu…” na szczególnie wysokie uznanie zasługuje historia prawdziwa z dawnego województwa tarnobrzeskiego – „Tata dilera”. Najbardziej jaskrawy przykład wpływu Kazika na raczkujący wtedy polski rap (nie żebym był znawcą rapu, ale Kazio zawsze więcej melorecytował, aniżeli śpiewał). Bardzo lubię też „Tańce wojenne”, ponieważ mam chorą przypadłość, która przejawia się słabością do tematu rozpadu Jugosławii w muzyce (tu polecam cover Dezerterowego „El Salvador” w wykonaniu Kasi Nosowskiej). Kazik wykorzystał też tutaj utwory z wcześniejszego etapu swojej kariery („Konsument” z repertuaru Kultu, oraz „Dziewczyny” z jego pierwszej solowej płyty „Spalam się”).

 

Closterkeller – „Scarlet” – druga po „Porozumieniu…” pozycja reprezentująca rok 1995 (a jeszcze przecież jest takie cudo jak „Herzeleid” Rammsteina!). Ze względu na brawurowe warunki głosowe Anji, jak również wyczyny klawiszowe Michała Rollingera (na koncie również m.in. współpraca z Wilkami) można tej płyty słuchać wielokrotnie bez większych przerw. Ogółem rock gotycki polski jest mocno niedoceniany (na uwagę zasługują takie składy jak Artrosis czy Batalion d’Amour). Bardzo niesłusznie.

 

ZAGRANICA

Myślę, że nazwy paru grup Państwa nie zdziwią. Choć chyba mam tu jeden średnio oczywisty wybór, może i dwa nawet.

 

R.E.M. – „Automatic for the people” – tym razem rocznik 1992 na tapetę wchodzi. Michael Stipe i spółka, czyli ekipa nazywana przeze mnie roboczo „mistrzami smutnych piosenek” (za takich przynajmniej ich uważam) ma na swoim koncie niemało hitów (chociaż przykładowo Ojciec uważa, że wydwanictwo z największymi hitami tej grupy powinno zawierać piętnaście różnych wersji „Losing my religion” i nic poza tym), aczkolwiek sądzę, że jeden numer, który stoi trochę z boku w twórczości R.E.M., a moim zdaniem jest jednym z najpiękniejszych utworów zaśpiewanych w języku angielskim. „Drive”, czyli pierwszy singel z płyty, przeszedł bez większego echa. Triumfy z „Automatic…” święciły „Everybody hurts”, „Man on the moon” (napisany ku pamięci Andy’ego Kaufmanna), czy „The Sidewinder sleeps tonite” (też świetna rzecz, nawiasem mówiąc, szczególnie wokal Stipe’a). A takie połączenie smyczki + gitara nie zdarza się często (tu należy pokłonić się Johnowi Paulowi Jonesowi (m.in. bas w Led Zeppelin), który spłodził taką prześliczną aranżację). Całokszałt stanowi najwyższą półkę muzycznego rzemiosła, stwierdził to m.in. magazyn „Rolling Stone” (247. miejsce w plebiscycie na płytę wszechczasów).

 

Nirvana – „Bleach” – debiut tercetu z Seattle (w 1989 jeszcze bez Dave’a Grohla za bębnami) jest krążkiem, który odniósł zdecydowanie najmniejszy sukces komercyjny. Twórczość jest tam najmniej „grzeczna”, przebija się ze sporą siłą duża ilość „brudu” w gitarze Kurta. Wyróżnia się „About a girl” poprzez swój riff. Moim ulubieńcem jest „School”, gdzie Cobain już całkowicie odpina wrotki i wydziera mordę bez żadnego opamiętania. Chciałbym posiąść, bo jeszcze tylko ta jedyna mi z Nirvany została do nabycia, pomimo iż zauroczenie tą kapelą minęło u mnie już dobrą chwilę temu. Tak ze trzy lata temu. Choć szacunek oczywiście pozostał. Taki nadruk z koszulki widziałem niedawno: „I still miss Kurt Cobain”...

 

Metallica – „Ride the Lightning” – drugi album gigantów z Los Angeles. Wbrew obiegowej opinii, jakoby „Master of puppets” był najlepszym albumem metalowym wszechczasów (Moim skromnym zdaniem? Zdecydowanie „Paranoid” Black Sabbath.) sądzę, że „Ride the Lightning” jest mocno niedoceniany, podobnie jak „Bleach”. Może nie najlepszy w ich dorobku (tu z kolei dylemat: „Kill ‘Em All” czy „Black Album”? Nie wiem do dziś.), ale naprawdę dobry. Energetyczne „Fight fire with fire” od razu na początek, balladowe „Fade to black” z dramatycznym tekstem, dość podniosłe „For whom the bell tolls” (dwa ostatnie kawałki są grane regularnie na koncertach od ponad trzydziestu lat)… no jest tam wiele różnych odcieni, a mimo to krążek jest bardzo spójny – to lubię!

 

The Cranberries – „Everybody else is doing it, so why can’t we?”/ „No need to argue” – dwie pierwsze płyty Dumy Irlandii, jak i reszta ich twórczości utrzymana jest w mocno smutnym klimacie. Każda z nich jest wspięciem się na wyżyny – bardzo niewiele jest słabych kompozycji (wyjątki to „Put me down” i „I will always” z „Everybody else…” i „Yeat’s grave” z „No need to argue”). Więcej takich „ulubionych” rzeczy w moim mniemaniu znajduje się na debiucie („I still do”, „Sunday”, „Not sorry”,  „Still can’t…”, czy „How”), aczkolwiek nie można zapominać o takich potęgach jak nieśmiertelne „Zombie”, „Ridiculous thoughts”, czy „Ode to my family”. Koniec końców starcie nadal jest nierozstrzygnięte, ale jeśli tylko którąś na półce wynajdę to jest moja! O ile oczywiście pojawią się reedycje, bo w przypadku Żurawinek to ciężko o ich płyty w Mieście Królów Polski. W reszcie Polski raczej też.

 

Rammstein – „Liebe ist für alle da” – jak dotychczas ostatni z sześciu albumów wschodnioniemieckiego składu, popełniony w roku 2009, także już za mojej pamięci. Pamiętam ten piękny czas, gdy na okrągło w Antyradiu grane było „Pussy”. Bardzo urzekły mnie wolniejsze utwory z tego dzieła: „Frühling in Paris” i „Roter Sand”, uwielbiam też piosenkę o smutnym rekinie – „Haifisch”. W warstwie tekstowej przyciąga uwagę „Wiener Blut”, opowiadający o bestialskim mordercy i gwałcicielu Josephie Fritzlu. Zdecydowałem się w tym miejscu na „LIFAD”, ponieważ „Reise, Reise” i „Herzeleid” już są na półce (z czego jestem dumny okrutnie), a reszta albumów nie jest w mojej ocenie najwyższych lotów („Rosenrot” miał być drugą częścią „Reise, Reise”, a brzmi to tak, jakby poza utworem tytułowym wepchnięto na płytę same „odrzuty”…). Ewentualnie jeszcze kiedyś wezmę „Sehnsucht”, ale nie jest to pierwsza potrzeba.

 

Sex Pistols – „Never mind the bollocks, here is the Sex Pistols” – tu jest żywy dowód na to, że mieszka we mnie kawałek punkowca. Wspominałem co prawda, że wolę Ramonesów, ale na korzyść londyńskiej ekipy przemawia fakt, że jedynym albumem (pozostałe wydawnictwa to kompilacje singli, wywiadów, itd.) zapisali się w historii muzyki. Wydaje mi się, że coś takiego nie przytrafiło się żadnej innej grupie. A jeśli już to na mniejszą skalę – patrz Siekiera i „Nowa Aleksandria”. Legendarne „Anarchy in the UK”, skierowane przeciwko władzy królewskiej „God save the queen”… W zasadzie więcej nie trzeba dodawać. Co więcej, nie mam żadnej stricte punkowej płyty („London calling” The Clash nie liczę, bo tam za dużo wymieszane jest w jednym garze), więc na dobry początek zasadniczo można takie cudeńko zakupić.

 

Dire Straits – „Brothers in arms” – gdzie do ciężkiej cholery jest oryginalna kaseta tegoż wydawnictwa to ja pojęcia nie mam. Przepadło wiele cudownych albumów. Deep Purple, Phil Collins, The Doors… „Brothers in arms” to rocznik 1985. Sympatyczny taki („Cegła” Dżemu!). A na albumie Knopflera i spółki wiele dobrego się stało. Jeden z najpiękniejszych saksofonów w historii muzyki zagrany przez Chrisa White’a („Your latest trick”). Balladowe „Why worry” z najprostszym, acz najpiękniejszym przesłaniem („There should be sunshine after rain”). Na wesoło? Proszę bardzo – mamy „Walk of life”. Fajny numer na przystawkę? Wiadomo, że jest („So far away”). Udział gościa specjalnego? W „Money for nothing” Mark Knopfler tworzy duet ze Stingiem, który jest współkompozytorem tego utworu. Coś „pomnikowego”? Również w pakiecie (utwór tytułowy). Zespołem tym zafascynowałem się w wieku lat piętnastu i nic nie wskazuje żeby ten stan się zmienił. Kopię albumu w formacie CD należy czym prędzej w domu przywrócić.

 

Volbeat – zespół duński, przygrywający ciężką muzykę w dość skoczny sposób (słyszalne elementy rockabilly), skoczność tą da się odnotować w coverze utworu Hanka Williamsa „I’m so lonesome I could cry” oraz w grze perkusisty („Radio Girl”!). Wpadłem na nich dość przypadkiem, włączając Trójkę w radiu gdy leciał „Doc Holliday”. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że nie mogę się zdecydować, którą to konkretnie płytę bym kupił, ponieważ stylistyka jest bardzo podobna w każdej z sześciu z nich. Na chwilę obecną zapoznałem się z dwiema („Guitar gangsters & cadillac blood” i „Outlaw gentlemen & shady ladies”), bardzo przypadły mi do gustu, wspominam pozytywnie. Na pewno wrócę, prędzej czy też później.

 

OGŁOSZENIA:

 

1.       Niestety ponieśliśmy kolejną stratę w naszym pięknym świecie. Wczoraj w wieku 68 lat zmarł Rick Parfitt, gitarzysta grupy Status Quo.

2.       Jako że wczoraj była wigilia, to musiały się pojawić również kolędy. Ale w naszym domu nie były to takie zwyczajne kolędy. Tata stwierdził, że „trzeba iść z duchem czasu i dzisiaj będą nowoczesne kolędy”. No i były. Słuchanie przy wigilijnym stole Maanamu, Oddziału Zamkniętego, Republiki, Doorsów i innych jest niesamowite!

3.       Należy pamiętać. Zawsze. Za trzy dni minie rok odkąd nie ma wśród żywych jednej z największych legend muzyki metalowej. 28 grudnia 2015 roku zmarł Ian Kilmister, bardziej znany jako Lemmy, frontman i basista grupy Motorhead.

4.       W nawiązaniu do punktu drugiego chciałbym polecić stację o nazwie Rock Radio. W naszym mieście częstotliwość to 103,8. Mało reklam, dużo rockowego mięsa – o to chodzi!

5.       Jeżeli okaże się prawdą to, że Michael Stipe zamierza wrócić do muzyki (ciekawe w jakiej miałoby to być formie), byłoby naprawdę cudownie! A gdyby jeszcze prawdą było to, że System ma 15 utworów na nową płytę i na letniej trasie będą nowe numery, to oszaleję ze szczęścia.

6.       Na kanale Kino Polska Muzyka dziś o 22:00 dokument o zespole Maanam, chętnie obejrzę.

7.       Chyba najważniejsze z ogłoszeń pozostawiłem na koniec. Jeżeli lubicie zastanawiać się nad muzyką, słuchać jej, a przy okazji podobają się Wam różnorakie plebiscyty, to jest to coś idealnie skrojone pod Was. O czym mowa? O dwudziestej trzeciej edycji Topu Wszechczasów, oczywiście. Plebiscyt organizowany rokrocznie od 1994 roku na przełomie grudnia i stycznia przez Program III Polskiego Radia zdążył obrosnąć już legendą i to niemałą. W tym roku można oddać swoje głosy na maksymalnie 100 utworów spośród ponad tysiąca pięciuset. Głosować można pod adresem lp3.polskieradio.pl do 30 grudnia, do 12:00. Wyniki (prawdopodobnie miejsca 100-1  prezentowane „od tyłu” na antenie przez 12 godzin) zostaną ogłoszone 1 stycznia, najprawdopodobniej w godzinach 9:00-21:00. Polecam Państwa uwadze.

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

Poprzednio padła deklaracja na piśmie, że zostanie poruszony temat książek traktujących o muzyce i muzykach. No i OK, tak będzie, aczkolwiek zostanie to połączone z jedną jeszcze kwestią. Niesamowicie ważną, należy dodać. Ta kwestia to koncerty jakich grup wypadałoby jeszcze zaliczyć, żeby stać się osobą bardziej kompetentną w zakresie sztuk granych na żywo.

 

Ale, ale. Wróćmy no do tych książek, o których dziś miało być. Więc jakie to były publikacje?

 

Dziwnym chyba nie będzie, jeśli napiszę, że pierwszą książką, jaka wpadła mi w ręce była „Ballada o dziwnym zespole”. A był to rok 2009, bardzo ważny dla poczynionego przeze mnie rozwoju okołomuzycznego. O jakim to dziwnym zespole jest mowa? Tak, zgadłeś drogi Czytelniku! – rozchodzi się o grupę Dżem. Kapela, która stoi na początku mojej drogi. Na czele wszelakich hierarchii, rankingów, zestawień, konkursów, plebiscytów… Numer jeden. Bezdyskusyjny i niezaprzeczalny. Pan Jan Skaradziński zrobił zajebistą robotę. I to w trzech wydaniach: na piętnaste, dwudzieste, oraz trzydzieste urodziny grupy. Jest to swoiste kompendium wiedzy o kolejach losu Zespołu. W książce nie brakuje smaczków takich jak personalne ankiety z muzykami, czy szczegółowy spis (i opis) dyskografii Dżemu oraz płyt, w których gościnnie palce maczali członkowie Zespołu. Ogółem poznańskie wydawnictwo In Rock dostarcza wielu cudownych „materiałów badawczych”, warto ich sprawdzić!

 

O Dżemie jednak nie koniec na dzisiaj. Naturalnym następstwem „Ballady…” stał się „Rysiek”. Książka o ostatnim hipisie naszych czasów, który swoją interpretacją wokalną tekstu (nierzadko tekstu o byle czym napisanym w pięć minut przed sesją nagraniową) podnosił wartość absolutnie każdego utworu do rozmiarów nieosiągalnych dla nikogo innego. Nawet Kazika, chociaż młodszy Staszewski nie umie śpiewać do dziś i dzięki temu stał się fenomenem na skalę krajową. Książka pojawiła się w „dwupaku” z płytą CD gdzie wydane zostały utwory dotąd zalegające w szufladach. A były tam rzeczy smakowite i bardzo wysokiej próby (przykładowo pierwotne wersje „Abym mógł przed siebie iść” czy „Ostatniego widzenia” oraz duet Ryszard Riedel – Martyna Jakubowicz w utworze „W domach z betonu nie ma wolnej miłości”). A co do zawartości książki – dowiecie się Państwo absolutnie wszystkiego, pomimo stosunkowo niewielkiej objętości dzieła. Moja fascynacja tym człowiekiem nie przeminie nigdy, aczkolwiek aby nieść dalej Dżemową nowinę, obie książki przekazałem K. do zbiorów.

 

Drugim punktem dzisiejszych rozważań będzie jeden z tych zespołów, którego żadną miarą nie idzie zaszufladkować. Kapela często określana jako „trzecia wśród wielkich” (obok Beatlesów i Stonesów naturalnie, choć nigdy tych grup nie uwielbiałem zbytnio), ze względu na niebagatelny wpływ lidera grupy na umysły ludzkie. Zachodnie wybrzeże Stanów. Los Angeles. The Doors. Udało mi się przeczytać dwie: „Nikt nie wyjdzie stąd żywy” autorstwa Danny’ego Sugermana i publikację rodzimego pisarza (którego nazwiska nie zapamiętałem, z prostego powodu: nie dowiedziałem się niczego nowego o grupie z tej książki, była ona jakby streszczeniem tamtej). Ogółem zaznaczyć trzeba, iż Doorsi zaliczają się do tych wykonawców, którzy oddziałują na mnie zdecydowanie najsilniej. Od siódmego roku życia! Co do książki również można ująć ją w zbiorze pod tytułem „kompendium wiedzy o grupie”. Bo naprawdę jest co czytać, a dla dopełnienia obrazu Jima Morrisona rzucić okiem należy na film z 1991 roku w reżyserii Oliviera Stone’a  zatytułowany po prostu „The Doors”.

 

Tutaj już szybko poleci. Bo jeszcze dwóch artystów jest. Obdarzonych dużym szacunkiem, jednakże nie wywierających wpływu na mą drogę przez ten piękny świat. Depeche Mode – drużyna, która jako jedyna doczekała się własnej subkultury, oraz Jimi Hendrix – tego Pana opisywać nie będę, bo nie wypada zajmować się sprawami oczywistymi. Żadna z lektur nie oczarowała, co więcej przez biografię DM przechodziło się z dużym trudem. Była ona niepełna, bardziej niż spraw muzycznych dotykała stylu życia w Anglii w latach 80., więc nudą wiało jak skurwysyn. Cenię Gahana i resztę, ale problemy Anglików olewam. Co do Króla Sześciu Strun to parę ciekawych wątków by się znalazło. Z pewnością. Niestety z racji „dobra pamięć ale krótka” (rzecz przeczytana w lipcu 2015) wiele kwestii z głowy wylatuje, więc poprzestanę na przechwałce, że było czytane. Kiedyś.

 

W tym momencie oczyściło się moje sumienie. Można przejść do drugiej części wywodów.

Jest parę składów, które mnie ciekawią, a których niestety jeszcze nie udało mi się odwiedzić w celu oceny możliwości koncertowych. No to od góry do dołu jak to zwykle bywa:

 

KSU – „legenda Bieszczad, legenda rocka”. Imponuje mi prostota w przekazie w ich wypadku. Może to przesadzone, albo coś, ale uważam, że gdyby ich przenieść z Ustrzyk do Londynu to dziś nikt nie znałby Sex Pistols (może piszę tak dlatego, że w odwiecznej rywalizacji Ramones-Pistols stoję po stronie tych pierwszych?). Debiutancki „Pod prąd” jest w moim prywatnym TOP3 punkowych albumów stworzonych w Polandii (obok „Nowej Aleksandrii” Siekiery i „Kolaboracji II” Dezertera), a „Nocne kroki” są pięknym ujęciem męczących nas koszmarów (tu warto wspomnieć o „Koszmarnej nocy” Dżemu, oraz „Koszmarnym śnie” TSA). Tym bardziej motywuje fakt, że wybieram się już od kwietnia 2015 na ich koncert (a w międzyczasie padła Fabryka na Zabłociu i do tej pory nie wróciła…), więc już wiem, że pójdę. Pytanie tylko kiedy to nastąpi.

 

Closterkeller – przypadek bardzo ciekawy i nie mniej piękny. Niestety, nie spotkałem się przez ponad 20 lat z jakimkolwiek plakatem/zapowiedzią koncertu tej grupy. Szkoda wielka. A dlaczego Closterkeller właśnie, ktoś spyta? Głównym powodem tutaj jest mój nieustępujący zachwyt płytą „Scarlett” z roku 1995 (jedną z tych, których nie mam, a chcę mieć), szczególnie utworem tytułowym oraz „Śniło”.  Osoba wokalistki (Anja Orthodox) również jest wysoce nieprzeciętna, to niewątpliwie ścisła czołówka w polskim rocku do spółki z Kasią Nosowską, Agnieszką Chylińską i Edytą Bartosiewicz. Wyczynów koncertowych tej drużyny trzeba mocniej pilnować, szczególnie że reklamy wybitnej nie mają.

 

Armia – „My jesteśmy armia – niewidzialna armia!”. Jeden z dwóch zespołów (tym drugim jest Raz Dwa Trzy), który pomimo jawnie chrześcijańskiego przesłania w tekstach (może nie we wszystkich, ale w sporej części, ponieważ początkowo Armia nie uchodziła za zespół okołoreligijny) nie budzi we mnie sprzeciwu. W tym przypadku, jak chyba w żadnym innym widać jak na dłoni ilość genialnych instrumentalistów, która tworzyła Zespół w różnych okresach jego działalności (perkusiści: Piotr „Stopa” Żyżelewicz (zmarły po ciężkiej chorobie, m.in. 2Tm2,3), Tomasz „Krzyżyk” Krzyżaniak (dziś Luxtorpeda), Beata Polak (2Tm2,3, współpraca m.in. z Acid Drinkers czy Marylą Rodowicz) Maciej „Ślepy” Głuchowski (Acid Drinkers, Sweet Noise), basiści: Krzysztof „dr Kmieta” Kmiecik (dziś również Luxtorpeda), Dariusz „Maleo” Malejonek (Maleo Reggae Rockers, Houk), gitarzyści: Tomasz „Budzy” Budzyński (lider Armii, jedyny członek oryginalnego składu kapeli, w przeszłości m.in. Siekiera) Robert „Robin Goldrocker” Brylewski (Izrael, Kryzys, Brygada Kryzys), Robert „Drężmak” Drężek (Luxtorpeda), Dariusz „Popkorn” Popowicz (Acid Drinkers), trębacze: Sławomir „Merlin” Gołaszewski (klarnet, wpływowy na scenie polskiego reggae w latach 80., współpraca m.in. z Habakuk i Izraelem, dziennikarz muzyczny, organizator festiwalu „Róbrege”), Krzysztof „Banan” Banasik (waltornia, współodpowiedzialny za brzmienie Kultu przez 20 lat). Obok Luxtorpedy najlepszy przykład wyważonego połączenia „szatańskiego” brzmienia warstwy instrumentalnej z „anielską” warstwą tekstową, co dziwić nie może, wszak 3/5 Luxów ma Armijną przeszłość. Powodem, dla którego wybieram się na tę z kolei sztukę jest płyta „Legenda”. Rocznik 1991, skądinąd jeden z ciekawszych („Out of time” R.E.M., „Nevermind” Nirvany, „Ten” Pearl Jamu, „Detox” Dżemu, „Use your illusion” Guns’n’Roses…). Co do „Legendy” – na pierwszy plan wysuwa się z pewnością „Opowieść zimowa” oraz „Podróż na wschód”. Jest jeszcze „Niezwyciężony” pozbawiony typowo Armijnej monumentalności, jednakowoż uwielbiany przez fanów. Nie wybierałem się specjalnie wcześniej na Armię, ale popędzę jak nadarzy się okazja. I to dosyć żwawo.

 

KAT – a to jest bardziej z cyklu „nie wiem prawie nic, to pójdę na koncert”. Czasami tak mam – pierwszy z brzegu przykład to Acid Drinkers. Zadziałało? Jeszcze jak! Więc czemu nie spróbować jeszcze raz? No właśnie. Tym bardziej, że jeśli mowa jest o „jasnej i ciemnej stronie mocy” (odpowiednio zespół TSA i KAT), to jeszcze jakoś nie udało mi się przejść na tę „ciemną” i nie mam na myśli tylko braku wizyty na koncercie KAT. To trochę jak z Metallicą i Slayerem – oczywiście oba składy przednie, niby tu metal i metal, ale po delikatnie bliższym zapoznaniu się ze sprawą okazuje się, że metal metalowi nierówny. Kiedyś trzeba w końcu sprawdzić jak się ma ta „ciemna strona”!

 

Hunter – jeżeli weźmiemy dosyć poważne zainteresowanie brzmieniem, utworami „Imperium Trujki” i „Imperium Uboju” (szczerze nie pamiętam czy słuchałem całej płyty „Imperium”, trza chyba będzie nadrobić), fakt, że w zespole tym występuje jeden z najbardziej utalentowanych skrzypków jakiego polska ziemia wydała (oczywiście chodzi o Michała Jelonka), oraz to że nie dalej jak dwa miesiące temu Hunter w mieście był, a mnie wtedy w Kwadracie (chyba to Kwadrat był…) nie było, no to przy następnym razie musowo dupę ruszyć należy.

 

Kabanos – Zenka i spółkę głównie z powodu przecudacznych tekstów tu umieszczam. Z teledysków wynika, że fanów mają szalonych, więc pasowałoby doświadczyć tegoż na własnej skórze. Nie żebym się skupiał na teledyskach jakoś szczególnie mocno (tu zgadzam się z Ryśkiem Riedlem – jeśli teledyski, to koncertowe, reszta może nie istnieć), ale parę w życiu obejrzałem, tak z dziesięć maksymalnie. Płyta „Dramat współczesny” jest całkiem niezła, warta polecenia.

 

Zastanawiam się jeszcze nad Irą w tym spisie, ale już było tyle okazji, a ja jeszcze nie doszedłem, że chyba nie jest to najwyższa konieczność.

 

ZAGRANICA

Jako, że to co chciałem, już widziałem (Rammstein, The Cranberries), a wiele składów już nie gra z rozmaitych względów, będzie (mam nadzieję) krótko:

 

System Of A Down – obok Rammsteina największe marzenie dotyczące muzyki. Spełni się. Kiedy? 17 czerwca 2017. Gdzie? W rodzinnym Krakowie! Impact Festival 2017, zapraszam wszystkich. O SOAD będzie osobny wpis.

 

Metallica – gdy w lipcu 2014 roku jechałem pociągiem i przez szybę widziałem Narodowy, na którym tamtego wieczoru grała Metallica (razem z Alice in Chains i Anthraxem), niewąsko się wkurwiłem. Następny raz jest kurwa mój. I nie ma, że boli.

 

Muse – no tak, parę okazji było. I to takich, że naprawdę żal było nie pójść (jakieś 1,5 kilometra od domu jedynie i to kilkukrotnie, ostatnio w sierpniu). Ale że człowiek zaczął się tym tercetem przejmować dopiero niedawno, no to ma za swoje. Jest kilka takich przypadków gdzie byłem bardzo „na nie” i mi się pozmieniało (m.in. System, Green Day, Limp Bizkit, Linkin Park, czy szeroko rozumiana scena niemieckojęzyczna…)

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE

1.       Utwór na dziś: The Alan Parsons Project – Don’t Answer Me. Numer z cyklu „słyszało się milion razy, ale jak się to do ciężkiej cholery nazywa?”. Nie pozostaje nic innego jak tylko dać okejkę, po tym jak wreszcie połączyłem tytuł z melodią.

2.       Za pięć dni minie piętnaście lat od śmierci jednego z Mistrzów, Grzegorza Ciechowskiego vel Obywatela G.C. Zmarłego w wieku 44 lat. „Odchodząc zabierz mnie…”

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

Na początek nowego wrócimy do starego. Dlaczego? Bo nie byłbym sobą gdybym o czymś nie zapomniał.

 

Acid Drinkers - na koncercie tych Panów też miałem niebywałą przyjemność być. Raz. Trochę się obawiałem - no bo jak, granie zupełnie pozbawione hamulców z pierdolnięciem nie lada, tekstów nie znam (choć i tak nie szło Titusa wysłyszeć), thrash metalu nie słucham (znaczy się raczej nie - bo w "Kill 'Em All" zakochany jestem po dziś dzień i lubię sobie wrócić do tego krążka, co więcej robię to nierzadko)... Ogólnie nie byłem zbyt pozytywnie nastawiony. Ale zaczęło się. "Become a bitch", "I fuck the violence", "Hurt" (z repetuaru Nine Inch Nails), "Barmy Army"... No tak, było warto. Po raz kolejny. Czekam na Was, Acids!

 

Przechodząc do meritum moich tutaj dzisiejszych wynurzeń. Każdy ma jakieś pamiątki i każdy coś zbiera. No nie ma chuja, każdy. Jako że moją pasją od niespełna dziesięciu lat (nie mogę się nadziwić w momencie gdy to piszę - to już dwucyfrówka niedługo!) jest muzyka, to jak w poprzednim wpisie trzeba by to jakoś sensownie uporządkować. Tylko tym razem możliwie tak, by nic się nie zgubiło po drodze.

 

Od kogo miałem niekłamany zaszczyt wziąć autograf?

 

Beno Otręba i Jerzy Styczyński (odpowiednio basista i gitarzysta Dżemu, podpisy na pięknym bilecie po koncercie na Gubałówce - tak, da się tam zrobić koncert, a nawet cały festiwal! - obecnie w zbiorach u K.)

 

Marek Piekarczyk (czyli człowiek odpowiedzialny za tzw. "wycie psa" w TSA, podpis z dedykacją znajduje się na solowej płycie Marka "Źródło", który to krążek zawiera covery takich potęg jak Klan czy Skaldowie)

 

Mario i Rysiek z Lao Che (moim zdaniem na końcówkę 2016 najlepszej ekipy koncertowej w naszej krainie, podpisy pozyskane z pomocą G. z sąsiedniego osiedla, który sprezentował mi setlistę, za co mu serdecznie dziękuję. Teraz ta setlista również jest u K.)

 

Pablopavo, Earl Jacob i Radek Polakowski z Ludzików (ten projekt jest NIEPOWTARZALNY, polecam gorąco w szczególności płytę "Polor" z 2014 roku, podpisy na setliście sprezentowanej przez Pana Radka, genialnego mutliinstrumentalistę (skrzypce, akordeon, melodica) w Pięknym Psie)

 

wszyscy członkowie zespołu Raz Dwa Trzy (co prawda płyta "Sufit" arcydziełem nie jest i nigdy nie była, ale dzięki tym podpisom ma unikalną dla mnie wartość - Panowie, wpadajcie czem prędzej do miasta!)

 

 

Powiedzą Państwo, że podanie ręki to nie żadna pamiątka. Ale za to powspominać można latami! Dzieciom opowiedzieć! Wnukom! No to po kolei, jak to tam było:

 

Maciej Balcar, Adam Otręba i Janusz Borzucki (czyli ludzie w Dżemie odpowiedzialni za: wokal, gitarę oraz klawisze). Okazja nadarzyła się po koncercie w październiku 2013 w zapomnianym już punkcie na mapie Starego Miasta - dawnym Lizard Kingu na ulicy św. Tomasza. Swoją drogą szczytem skurwysyństwa jest przerabianie takich miejsc na kluby nocne, ale co ja tam wiem...

 

Kazik Staszewski, Irek Wereński, Tomek Glazik i Jarek Ważny - czyli 4/9 składu zespołu Kult (bądź jak mówi Jarek "grupy młodzieżowej na K", bardzo lubię to sformułowanie).

 

cały "złoty skład" Acid Drinkers (Titus, Litza, Popkorn, Ślimak - wrażenie tym większe, że Titus przybił pionę w trakcie koncertu, a Ślimak zapozował po sztuce do zdjęcia)

 

Chyba nie pominąłem żadnego Artysty, który jest dla mnie ważny, a z którym miałem przyjemność mieć bezpośredni kontakt. A jeśli tak, to napiszę o tym kiedy indziej, jak se przypomnę.

Co do pamiątek jeszcze, na ścianie wiszą dwa plakaty z tegorocznych koncertowych akcji. Oczywiście Dżem i oczywście Kult. Nie były to może najlepsze koncerty tych wykonawców na których byłem (chociaż "Wiem na pewno wiem - nie, nie kocham Cię" Dżemu  w wersji live zapamiętam na zawsze) ale jest pamiątka nie lada. I to razy dwa. 

Teraz spróbuję wynotować, o czym i o kim jeszcze chciałem tu wspomnieć:

 

O siedmiu płytach, które odmieniło moje spojrzenie na muzykę (będzie pięć płyt z Polski i dwie z zagranicy),

O książkach okołomuzycznych, jakie udało mi się przeczytać,

O planach koncertowych na AD 2017 (być może pojawią się relacje z koncertów - takie patykiem pisane rzecz jasna),

O płytach, które chciałbym nabyć (być może będzie to aktualizowane na bieżąco),

O kilku artystach, którzy mają szczególne miejsce w moim odczuwaniu muzyki (na dzień dzisiejszy mam na myśli pięciu wykonawców),

 

Jeszcze osobista refleksja na koniec - cudowne rozpoczęcie dnia następuje wtedy, gdy w radiu bezpośrednio po sobie są grane utwory "Płoną góry, płoną lasy" i "Windą do nieba".

Dziękuję za dziś.

kilkaslowomuzyce : :

Dzień dobry. Komentarze (0)
05. grudnia 2016 17:43:00
linkologia.pl spis.pl

Ta strona szumnie nazwana blogiem powstała trochę z braku laku, trochę żeby się wyżyć, trochę żeby opowiedzieć coś komuś, a przy okazji powspominać. To tak tytułem wstępu.

Muzyka w zasadzie u mnie była obecna od zawsze. Od małego tata dbał o odpowiednie wychowanie muzyczne swojego dzieciaka. Mama jakoś w tym niespecjalnie uczestniczyła, ale trzeba powiedzieć, że na muzyce się zna. Płyt było i jest w domu od cholery, albo i więcej nawet. Odkąd pamiętam. Były też kasety i winyle tatowe. Ogólnie można było przebierać miesiącami w tym wszystkim.

Pierwszy koncert, zapytacie. No, był taki. Kilka lat już zdążyło minąć od mojego "chrztu". Dzień dwudziesty czwarty miesiąca maja AD 2008. Stadion Wawelu pod Bronowicami. Gwiazdy? Największe w tym kraju - Dżem i Kult, więc początek zajebisty. I tak to się ciągnie do dzisiaj. Zabawa trwa i nic nie wskazuje na to, że prędko się skończy.

Tak sobie myślę, że skoro to początek i pierwszy wpis to niezbyt wypada robić jakiekolwiek podsumowania, ale co mi tam. "Idź pod prąd!" jak śpiewał dawno temu Siczka z KSU.

Najsampierw może wypiszę, kogo (i ile razy, nie myślcie Drodzy Państwo, że te moje koncertowe przygody są jakieś przypadkowo-jednorazowe!) już mam "odhaczonego". To tak:

Dżem (14 koncertów w różnych miejscach naszego kraju - m.in. Katowice, Bytom, Zakopane, Andrychów, Gdów)
Kult (6 występów w tym jeden "w delegacji")
Lao Che (tutaj też cyfra 6 widnieje)
Luxtorpeda - razy cztery (to w sumie ciekawe, bo nie zaliczam się do fanów Litzy i spółki, a zdążyłem już parę razy zagościć na ich sztuce - w moich oczach ten projekt ma sens tylko live)

Po dwa razy bywało się na artystach takich jak: TSA (a trzeci raz już w lutym, niecierpliwie czekam aż zajadą do miasta), 

Raz Dwa Trzy (o Adamie Nowaku i spółce będzie inną razą)

Pablopavo i Ludziki (tak samo jak piętro wyżej - pomimo bycia warszawiakiem z krwi i kości czapka z głowy dla Pawełka i Kolegów)

Happysad (tu historia podobna jak z Luxtorpedą, aczkolwiek są różnice - ci Panowie nie są w stanie przekonać kogoś starszego niż młodzież licealną. Pojęcie "rock regresywny" (jak sami to zgrabnie dość ujęli) oddaje twórczość kapeli w pełni),

Perfect (bez szału jak na tak wielki dorobek i fakt bycia "zespołem walczącym")

Jedyneczka na moim skromnym koncie stoi przy takich grupach jak: Pidżama Porno oraz Strachy na lachy (te dwa byty ująłem w jedno bo oczywistym jest, że Grabaż ma swój styl - dla jednych lepszy, dla innych już niekoniecznie. Mój znak większości odwraca się z całą stanowczością w stronę Strachów, jednakże obie ekipy nie przemawiają do mnie. Niemniej G. zasługuje na szacunek), 

Hey (ciekawy przykład diametralnej zmiany stylistycznej - najnowsza płyta "Błysk" odegrana w całości na żywo wypada w skali 1-10 na, jak to mawiają "mocne 3", jeśli zaś rozchodzi się o repertuar starszy należy zauważyć odejście od "starego" Heya - dominują kawałki z krążka "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", swoją drogą całkiem sensownego, acz dupy nie urywającego. Brak rzeczy z pierwszych płyt smuci. Reasumując - niespecjalnie jestem zachęcony do powtórki szykowanej za dwa tygodnie, nawet pomimo faktu że Pani Nosowska jest niezaprzeczalnie najlepszym kobiecym głosem w Polandii.) Znaczy, moim zdaniem, oczywiście - ktoś może powiedzieć że woli przykładowo Irenę Santor czy Beatę Kozidrak.

ZAGRANICA - tu niestety liczba koncertów nie jest satysfakcjonująca, więc tak na szybko:

Rammstein (maestria w każdym calu warta absolutnie wszystkich pieniędzy, będzie trochę o Niemcach z NRD później)

Limp Bizkit (fajne granie, na upartego można by podciągnąć pod KNŻ - choć Fred lepiej rapuje niż Kazio odrobinę, historia taka jak z Luxami, tyle że trochę bardziej mnie przekonali)

Gojira (klasyczna kapela spod znaku napierdalanki, wykonująca należycie swą pracę, polecam "Stranded")

The Cranberries (Dolores i reszta paki jest składem przeze mnie wyśnionym i wymarzonym. Czymś, przez co Irlandia zyskuje NIESAMOWICIE dużo.)

Zdałem sobie sprawę, że mnie delikatnie poniosło. Chciałem jeszcze parę spraw tutaj zawrzeć, no ale nie można mieć wszystkiego (pamiętajcie o tym, bo co poniektórzy nie są tego świadomi).

Następnym razem będzie chyba jeszcze bardziej wspomnieniowo. Mianowicie o pamiątkach wszelakich, a tego jest też niemało. Powiem więcej, nazbierało się troszkę tych cennych pierdół.

Ale o tym kiedy indziej.

Dziękuję za uwagę. Do następnego.

kilkaslowomuzyce : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2627282930311
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
303112345

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

fikipedia | swienta | mychaaaa | piece-of-cake | nnataliaa | Mailing