Najnowsze Wpisy

linkologia.pl spis.pl

Witam serdecznie. Po zajrzeniu na trójkolorową stronę mocy, przejdziemy dzisiaj do koloru czarnego. Muzyka metalowa była znana światu od roku 1970, kiedy to John Osbourne z Birminghamu, znany też pod pseudonimem Ozzy, wymyślił ją sam (tak stwierdził Bono, ja również mogę się pod tym podpisać). Do Polski dotarła ona na początku lat 80. XX wieku, a jej redefinicję na wschodzie Europy stworzyło pięciu muzyków zrzeszonych pod trzema literami. TSA.

 

Będąc dzieckiem średnio świadomym czegokolwiek Tata lubił bardzo posłuchać Ich muzyki. Mój pierwszy kontakt z heavy metalem miał miejsce w wieku dwunastu lat. Jako, że wtedy nie słuchałem muzyki zagranicznej (za wyjątkiem Doorsów), było to dla mnie coś w rodzaju nowego otwarcia. W szóstej klasie szkoły podstawowej w zeszycie do języka polskiego wynotowałem wszystkie piosenki, które Tata miał na jednej z płyt, było ich dziesięć albo dwanaście (m.in. „Kocica”, „Jestem głodny”, „Alien”, „Trzy zapałki”, „51”), to była wiele lat temu dla mnie podstawa, do której zostały dołożone inne wielkie utwory („Bez podtekstów”, „Wyciągam swoją dłoń”, „To boli”, „Nocny sabat”).

 

Koncerty TSA charakteryzowały się ogromnymi pokładami energii, nieosiągalnymi dla innych polskich ekip. Nierzadko w trakcie występów do akcji wkraczała milicja – w 1982 roku podczas koncertu w Sali Kongresowej w Warszawie Marek Piekarczyk, wokalista Zespołu musiał negocjować z milicją, ponieważ publiczność napierała tak bardzo na scenę, że służby zaczęły pacyfikować fanów. W lecie 1984 natomiast, po festiwalu „Rock nad Bałtykiem”, doszło do poważnych zamieszek, w wyniku których TSA dostało zakaz występów w Kołobrzegu na czas nieokreślony.

 

Po tym nieco dłuższym wstępie niż zwykle przejdźmy do ad remu. W dzisiejszym odcinku pozwolę przyjrzeć się bliżej jednej płycie legendy polskiej ciężkiej młócki. Konkretniej rzecz ujmując ich fonograficznemu debiutowi. „Live” to zapis z koncertu w krakowskim teatrze „Stu”, który odbył się 21 marca 1982 roku. Otwiera ją „Manekin disco”, który prześmiewczo opisuje rzeczywistość polskich dyskotek (co nie zmieniło się mimo upływu trzydziestu pięciu lat), w „Spółce” z kolei skrytykowany został pewien znany muzyk, który umoczył się później w polityce („podobno Hołdys walczył też, byś o wolności nie musiał śnić”). „Wyprzedaż” w swoim tekście gardzi szeroko pojętym materializmem i odcina się od karierowiczostwa. Jako czwarty utwór na ścieżce znalazł się „51”. Jeśli napiszę, że to przejmująca opowieść o tragicznie zmarłym przyjacielu, to nie napiszę nic. To jedna z najważniejszych kompozycji w historii polskiej muzyki rozrywkowej.

 

Drugą stronę winyla (trzydzieści pięć lat temu znano tylko taki nośnik w naszym pięknym kraju) rozpoczyna „Plan życia” – sympatyczny tekst o przełamywaniu własnych barier (w podobnym tonie utrzymany jest kawałek „Na co Cię stać?”), z potężnym i rajcującym riffem. „Chodzą ludzie” uderzają w masy, które myślą schematami i nie mogą się z nich wyrwać („Nie potrafią nawet kochać, brak im luzu i radości / Często robią głupie miny, świat ich nudzi, świat ich złości”). Następny utwór opowiada smutną historię o niechcianej ciąży i młodej matce („Wpadka”). Został on wydany na pierwszym singlu Zespołu w 1980 roku wraz z „Mass media”, jednym z moich osobistych faworytów w tekstach grupy (jak łatwo się domyślić tematem jest ogłupianie ludzkości przez środki masowego przekazu). Ostatni utwór, „TSA Rock” jest najbardziej zabawowy, akcent humorystyczny w postaci odegrania „Koziołka Matołka” to absolutne mistrzostwo. Podsumowując, natężenie buntu znacznie wykracza poza skalę, a energia instrumentów wprost rozsadza płytę. I całą polską scenę muzyczną tamtych lat też.

 

Moje prywatne teesiackie TOP10 prezentuje się tak:

 

10. Ty, on, ja
9. Wyciągam swoją dłoń
8. Plan życia
7. Mass media
6. Wyprzedaż
5. Bez podtekstów
4. Jeden kroczek
3. To boli
2. Alien
1. 51

 

OGŁOSZENIA:

 

1.       Rok 2017 nie oszczędza świata muzyki, podobnie jak i poprzedni. Dwudziestego lipca świat obiegła informacja o samobójczej śmierci wokalisty Linkin Park, Chestera Benningtona. W takich momentach zawsze przeraża mnie myśl o tym, kto będzie następny. Co do tej kapeli nigdy nie byłem i podejrzewam że raczej nie zostanę ich fanatykiem, niemniej jednak jest to bardzo duża strata dla naszego świata.

 

2.       Trzydziesty lipca jest szczególną datą w historii polskiej muzyki. Tego dnia w 1994 roku odszedł największy polski wokalista, Ryszard Riedel. W rozmowie ze mną J. stwierdziła, że umarł w dobrym momencie. I w sumie zgoda, bo w połowie lat 90. muzyka nad Wisłą zaczynała dość mocno podupadać, nijak nie mogąc nawiązać do złotych lat 80., a komercja zaczęła stawać się wszechobecna.
 

 

3.       Bieżący rok przyniósł drugą fascynację w muzyce. Można to roboczo podciągnąć pod stwierdzenie „punk prześmiewczy”, a mowa o zespołach Piersi i Big Cyc. Po przestudiowaniu dyskografii tych pierwszych (ponieważ jeśli chodzi o tych drugich jeszcze kilka płyt mi zostało) stwierdzam, że nic nie umywa się do ich pierwszej płyty, którą już zdążyłem polecić. Co do Big Cyca stałem się gorącym zwolennikiem krążków „Z partyjnym pozdrowieniem” oraz „Nie wierzcie elektrykom”, czy jeszcze jakieś okażą się godne uwagi to się zobaczy.

 

4.       Parę słów jeszcze o koncertach. Ze względów logistycznych odpada koncert Cree w Andrychowie, w jego miejsce wskoczy za to IRA i T.Love, z czego się niesamowicie cieszę. Pod znakiem zapytania stoją jeszcze występy Vavamuffin, Dżemu i Raz Dwa Trzy, tu również potrzeba czasu. Za to dwunastego października będzie mi dane zobaczyć Gordona Sumnera, znanego fanom jako Sting. Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

Witam wszystkich bardzo serdecznie. W dzisiejszym odcinku zostanie przybliżona Państwu sylwetka jednego z najbardziej pracowitych polskich muzyków w branży. Mnogość projektów własnych, jak również tych, w których brał jedynie udział jako gość wprawia w niemały szok. Zaczynając na parkietach reggae (gdzie działa po dzień dzisiejszy) stał się legendą gatunku, poruszając w obrębie miejskiego folku przyciągnął do siebie słuchaczy z wielu muzycznych krain, pokazał talent do pisania głębokich tekstów, wypracowując niepowtarzalny styl. Styl, którego nieodłącznym elementem stała się czapka z daszkiem z wizerunkiem Kazimierza Deyny. Paweł Sołtys, znany bardziej jako Pablopavo.

 

Pierwszy raz z twórczością Pablopavo? Połowa maja 2010, trasa Kraków-Kłodzko. Przygoda ta zaczęła się utworem „Smoking” grupy Vavamuffin. Ogółem zaznaczyć w tym miejscu warto że moja miłość do twórczości Pawła rozwijała się powoli, była dosyć trudna i burzliwa. Po pierwszym zachwycie nad twórczością Vava, co trwało jakoś do wiosny 2011 (w międzyczasie Zespół wydał krążek „Mo’ better rootz”, którym jako czternastolatek się zachwycałem, a obecnie nic szczególnego w nim nie widzę, z wyłączeniem „Koronowanych głów”), udało mi się odkryć Ludzików. W początkowym okresie działalności Ludziki byli bardzo podobni podejściem do tematu do Vavamuffin (co zresztą bardzo mi odpowiadało w tamtym okresie), szczególnie mam tu na myśli debiutancką płytę „Telehon”. Zostało mi po niej trochę więcej niż po „Mo’ better rootz”, aczkolwiek na tą chwilę również nie jestem w niej zakochany w tym samym stopniu co dawniej. Została ona zadedykowana sekcji piłkarskiej Legii Warszawa, co zostało okraszone artykułem „Legia doczekała się swojej płyty”. W 2011 ukazała się płyta „10 piosenek” autorstwa Ludzików. Pomimo kilku utworów zapadających głęboko w pamięć („Wpuść mnie”, „Indziej”, „Dajcie mi spokój”, „Oddajcie kino Moskwa”), materiał jako całość nie prezentował się najlepiej jako całość, zarówno wtedy jak i dzisiaj krążek ten nie należał do moich faworytów – z tego tytułu właśnie pierwszy etap mojej miłości został zakończony. W czasach gimnazjum nie było takich wakacji, na których nie królowałby Pablopavo z Vava. W czasach początkowolicealnych gdzieś natknąłem się na czwarty album Vavamuffin „Solresol” (wydany w 2013, słuchany przeze mnie na pewno już w 2014). Wtedy nowa porcja reggae nie wywarła na mnie wrażenia. Dziś prezentuje się ona na dość solidnym poziomie, w szczególności „Radical rootsman”. Równolegle z pełną parą gnali przed siebie Ludziki. „Dancingowa piosenka miłosna” odkryła przede mną nową (nie będę ukrywał, że również ciekawszą) wersję Pawła. Z kolei słysząc pierwszy raz „Mikołaja” w okolicy połowy 2014 nie udało mi się rozpoznać głosu Pablopavo. Kolejny utwór – kolejne wcielenie, pomyślałem wtedy. Niecałe dwa lata później, dzięki wsparciu wszechwiedzącego kolegi G. otrzymałem informację o koncercie Ludzików na Kazimierzu. No to co, pasuje uderzyć? Sala ciasna okrutnie (co nie przeszkodziło zrobić nadkompletu), koncert przepiękny. Miłość odżyła. Rozwinęła się. Do Pablopavo w wersji z Vava szacunek pozostał, oczywiście, aczkolwiek nowe wcielenia muzyczne Pawła smakują mi bardziej. Prywatnie? Zawsze skory do rozmów, tak po jak i przed koncertem, nawet pomimo tego, że zdarza mu się występować cztery razy od piątku do niedzieli. Zaręczam, że nikt nie odejdzie bez autografu, uścisku dłoni, zdjęcia, czy nawet łyku piwka. Albo i całego.

 

Muzyczny rozdział w życiu Pablo rozpoczął się w 1993 roku, kiedy to założył swój pierwszy zespół, w którym pełnił rolę wokalisty oraz gitarzysty. Był członkiem wielu składów, które często zmieniały swój kształt, a na początku XXI wieku zaczął szerzej udzielać się światu w Zjednoczeniu Soundsystem, które założył z Reggaeneratorem (później wokal w Vavamuffin) oraz Krzakiem (DJ w wielu projektach sceny reggae). Po czasie Reggaeneratora zastąpił Diego, który dołączając do trio stał się motorem napędowym ekipy, która w 2011 roku przystąpiła do pracy nad swoim debiutem. Trwała ona cztery lata, a jej owocem zostało „Inity”. W numerze „International” Pablo nawinął zwrotkę po włosku i po rosyjsku, Diego z kolei wykazał się znajomością języka francuskiego. „To dla tych” jest swoistym hołdem dla Marcina „Gorga” Krasowskiego, oraz dedykacją dla wszystkich fanatyków Zespołu i muzyki w wydaniu soundsystemowym. „Don don don” to streszczenie całego dorobku kapeli, zamknięte w trzech minutach i dwudziestu sześciu sekundach. Zjednoczenie ogólnie rzecz ujmując jest projektem o nieregularnej aktywności, lecz w twórczości Pawła stało się pierwszym ważnym punktem, który wypada odnotować.

 

Pierwszą formacją Pawła z Warszawy, w której zdołał on wypłynąć na szerokie wody było oczywiście Vavamuffin. Z początkiem 2003 roku skład ten zaczął się formować, w tym samym roku powstał m.in. utwór „Sekta”. Kiedy już materiał na debiut został ukończony, a Vava wyszło z płytą „Vabang!” powrót muzyki reggae na salony stał się faktem. Śmiem twierdzić, że całe polskie pokolenie Y zna takie utwory jak „Bless” (niesłusznie i błędnie nazywany „Malinową mambą”), czy „Jah jest prezydentem”. Rok 2005 bezsprzecznie należał do nich. W plebiscycie branżowego magazynu „Free colours” Zespół zgarnął szereg wyróżnień, takich jak „Najlepszy polski wykonawca 2005 roku”, czy „Najlepszy debiut płytowy”. Cztery piosenki z „Vabang!” zostały umieszczone w TOP6 za rok 2005 (2. „Bless”, 3. „Jah jest prezydentem”, 4. „Sekta”, 6. „Chwilunia”). Jeżeli chodzi o moje prywatne odczucia, jako dwa wybijające się utwory wybrałbym „Paramonova” (cover utworu Transmisji, gdzie w połowie lat 90. śpiewał Gorg, jeden z trzech nawijaczy w Vava – zarówno w oryginale jak i w coverze właśnie Don Gorgone jest odpowiedzialny za wokale) i „I give you one love”, gdzie wyróżnikiem jest sekcja rytmiczna. Po dwóch latach intensywnego koncertowania nadszedł czas na następcę udanego debiutu. „Inadibusu” – bo tak nazywa się druga płyta kapeli – jest najbardziej udanym krążkiem w dyskografii warszawiaków. Tekstowo? Ciężko przywołać z pamięci drugi album, który poruszałby aż tyle ważnych i różnych kwestii. Przykłady? Ułomność polskiego prawa („Equal rights”, „Prawda policyjna”), problem dopingu w sporcie na przykładzie lekkoatletyki („Recharge”), problem głodu na świecie („Poor people”), opowieść o historii reggae w kraju nad Wisłą („Poland story”), sprzeciw wobec obojętności i podłości („Rub rumor”), oddanie hołdu kobietom („Baaba”), krytyka polskiej sceny muzycznej („Hooligan rootz”, „Supamolly”). No i oczywiście teksty o dobrej zabawie („Oriento”, „Natasha from Rush’yah”, „Vavamuffin on the road”). Muzycznie? Stały, bardzo wysoki poziom. O trzeciej i czwartej płycie już zostało powiedziane, więc przejdźmy do piątki. „V” miała swoją premierę na jesieni 2016 roku. W tym miejscu należy wspomnieć, że część fanów Vavy stwierdza, iż pierwsze dwie płyty zaliczyć można do „starego Vavamuffin”, a reszta to już nie to samo. Po części prawda (pierwsze dwie płyty jakieś trzy półki wyżej od pozostałych). Ale chłopaki jeszcze potrafią, zdecydowanie. Singlem promocyjnym został kawałek „Ferajna”. Niezły, aczkolwiek przy chociażby „Hooligan rootz”, czy „Radio Vavamuffin” blednie mocno. Dwa utwory, które zostały po „V”? „Zostań tu” i „Tatuaż” (zagrany przed koncertem Korteza w NCK, to się nazywa przekraczanie granic, brawo!). Czternaście lat twórczości to niedużo. Pawłowi wystarczyło, by móc stawiać przed Jego ksywą słowo „legendarny”.

 

Po bardzo udanej „Inadibusu”, w roku 2008 Paweł Sołtys zaczął rozmyślać nad tym, co by tu zrobić, by stać się jeszcze lepszym. Powstał wtedy singel „Zykamu/Dola selektora”, klimatem nawiązujący do najlepszego raggamuffin prezentowanego w tamtym czasie przez Vavę. Pokłosiem miała być solowa płyta Pablo, ale zachodziły opóźnienia. Więc najpierw wyszedł singel „Telehon”, a potem cała płyta pod tym samym tytułem. Zespół Pablopavo i Ludziki zawiązał się z początkiem 2008, płyta ukazała się we wrześniu 2009. „Telehon” cechowała spójność i różnorodność – spójność w pomyśle na płytę reggae’ową zabarwioną rapem („Telehon”), różnorodność w użytych instrumentach (akordeon Radka Polakowskiego w „Do stu”, gitara akustyczna Raffiego Kazana w „Jurku Mchu”). Kwestie poruszone na płycie? Senne wizje („Telehon”), nieszczęśliwa miłość („Z fartem dziewczyna”), tragiczna śmierć („Warszawa wschodnia”), przestępstwo popełnione przez nieletniego („C.S.I. Stegny”), problemy z prawem („Jurek Mech”), krytyka internetowych napinaczy („Ale ale”), nocne życie w stolicy Polski („Nomada”). Kontynuacją obranej drogi było „10 piosenek”, choć podkreślić należy że jest to płyta zdecydowanie bardziej innowacyjna. Różnorodność w tym wypadku została przechylona w stronę spokojniejszych gitarowych dźwięków (romantyczne „Wpuść mnie”, „Dajcie mi spokój” z genialną melodiką Radka, „Ballada o Okrzei” ku pamięci działacza ruchu robotniczego straconego w 1905 roku), choć można usłyszeć dobrze zmiksowany bit oraz piękny duet Pablopavo i Mariki w kawałku „Złoto”. Co, jak i dlaczego stało się na przestrzeni lat 2011-2013 jest sprawą dość zagadkową. Po dwóch i pół roku ciszy ze strony Ludzików 10 grudnia 2013 światło dzienne ujrzała „Dancingowa piosenka miłosna”. Potem zmieniło się wszystko. „Dancingowa” promowała album „Polor”, który ukazał się w styczniu 2014 roku. W utworze dominującą rolę odgrywa gitara, za którą chwycił sam Paweł (co pozostało mu z początków działania jeszcze w latach 90.). Inność w stosunku do dotychczasowej twórczości oraz piękna linia melodyczna sprawiła, że „Dancingowa” dotarła 7 lutego 2014 do 4. miejsca Listy Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia. W „Polorze” jak zawsze u Ludzików – spójność w koncepcji spokojnej, melodycznej płyty („Dancingowa”, „Patrz jak się stara wiatr”, czy „Wenecja” z wokalnym udziałem Ani Iwanek w refrenie), różnorodność w przemycaniu klimatów z rozmaitych stron („Bulaj” mógłby wpasować się idealnie w „Inadibusu”!). Kolejnymi singlami z płyty stały się kolejno „Mikołaj” (przejmująca historia o człowieku, który się stoczył z przepiękną melodią napisaną przez Pablo i Olka „Mothashippa” Molaka, niegdyś klawiszowca Vavy, teraz producenta muzycznego i bliskiego współpracownika Pawła) oraz „Krzysiek” (opowieść o pewnym wariacie z Mokotowa okraszona pięknym refrenem Earla Jacoba, drugiego wokalisty i tekściarza Ludzików, niejako wychowanka Pablopavo, z którym udzielał się m.in. w Zjednoczeniu Sonudsystem czy na swojej solowej płycie zatytułowanej „Warto rozrabiać” wydanej w listopadzie 2013). Niestety, im utwór bardziej wartościowy, tym w mniejszym stopniu przebija się do świadomości przeciętnego słuchacza. Poza kawałkami, które już zdążyłem wymienić, na odrębne słowo zasługują „Koty” – z tekstem o pierwszej randce kwietniową porą. W moim odczuciu trochę zaprzepaszczona szansa na dobry singel. Porusza również tekst w „Nemeczku” – historia o Marcinie, studencie, który popełnił samobójstwo. „Polor” był trampoliną do szerszego sukcesu Ludzików – w 2014 roku Pablito otrzymał Paszport „Polityki” za „piosenki łączące podwórkową lokalność ze światowością brzmienia i poetycką głębią”. By odnaleźć natchnienie i ponownie zdemolować scenę alternatywną w Polsce Zespół ruszył w 2016 roku w Bieszczady. Pierwszym efektem wytężonej pracy na odludziu był utwór „Wszystkie neony” z gościnnym udziałem Patryka Kraśniewskiego (zastąpił on Mothashippa na stanowisku klawiszowca Vavamuffin). Ludziki w 2016 zostały zaproszone przez stację telewizyjną HBO do skomponowania kawałka promującego ich najnowszy serial „Pakt”. Owocem tej współpracy został kawałek „Nie wiesz nic”. Oba wymienione wyżej kawałki znalazły się na czwartym albumie kapeli o tytule „Ladinola”. Płyta jest promowana przez single „Ostatni dzień sierpnia” i „Blask”. Jest ona utrzymana w klimacie znanym fanom Ludzików z „Poloru” (czy nawet niektórych numerów „10 piosenek”), jednakże tak wysoko zawieszonej poprzeczki nie była w stanie przeskoczyć. Dominacja utworów powolnych i nieco melancholijnych („Dom dobry”, „Znałem faceta”, „Jak człowiek ze snu”, „Jestem”), a dla kontrastu odrobina zabawy ze starych, dobrych czasów („Major”). Ciekawostką jest fakt dotyczący kompozycji „Toledo” – w dyskusji międzyludzikowej żaden z członków Zespołu nie poparł pomysłu, żeby „Toledo” zostało singlem, zaś w niedawnym głosowaniu fanów na piosenkę, która ma zostać trzecim singlem z płyty wygrało… „Toledo”. Osobiście jestem zdania, że na ciepłe słowo zasługuje „Zguba” z udziałem Oli Bilińskiej w refrenie i piękną gitarą Raffiego. Podsumowując, Ludziki stały się składem idealnie skrojonym pod to, aby Paweł w pełni mógł pokazać swoją poetycką moc w tekstach.

 

Każdemu muzykowi, który nie wybija się ponad przeciętność, obecność w trzech składach wystarczałaby w zupełności. Tym co bardziej leniwym gdyby byli w trzech zespołach przeszkadzałoby istnienie co najmniej w dwóch. Jednak dla Pawła trzy zespoły prowadzone w sposób ciągły i stały (z tym zastrzeżeniem, że Zjednoczenie rzadko produkuje się na koncertach) to zdecydowanie zbyt mało by móc mówić o artystycznym spełnieniu. Po tym jak światło dzienne ujrzało „10 piosenek” (znamienne, że w repertuarze koncertowym z tego krążka zostało wyłącznie „Indziej”…) Pablopavo nawiązał współpracę z Praczasem (Rafałem Kołacińskim, multiinstrumentalistą, członkiem i współzałożycielem zespołów Village Kolektiv i Masala, autorem muzyki do serialu „Boso przez świat” z Wojciechem Cejrowskim w roli głównej, menedżerem Lao Che). Wypowiedział się on o współpracy z Praczim, że to najbardziej zwariowana płyta, jaką popełnił, ponadto z takim materiałem jeszcze nie miał przyjemności się mierzyć. „Głodne kawałki” miały swoją premierę pod koniec listopada 2011 roku. Podział pracy wyglądał następująco: napisanie muzyki było zadaniem Praczasa, za teksty odpowiedzialny był Pablo. Jak to bywa na solowych albumach, ciężko jest je wypełnić wyłącznie tym artystom, którzy sygnują krążek swoim nazwiskiem. Dlatego też w prace zaangażowana została sekcja dęta („Dziw”, „Nie ma roboty”, „Szpilki”, „Kupuj”, „Magnez i wapń”), żona Praczasa (śpiew w „Stówie” i „Zadzwonię i powiem”) były gitarzysta Lao Che Jakub „Krojc” Pokorski („Głodne kawałki”),  znany z występów w Ludzikach Radek Polakowski (melodika w „Byleby”, skrzypce w „Kupuj” i akordeon i skrzypce w „Karawanach”), czy Spięty, na co dzień wokalista Lao Che (refren w „Stówie” – dzięki współpracy Huberta i Pawła jest to utwór dla mnie wielce szczególny). Czego dotyczą teksty na „Głodnych kawałkach”? Można odnaleźć wyraz sprzeciwu wobec agresywnego marketingu („Kupuj”), biznesmena, który został oszukany przez kobietę („Szpilki”), poruszony problem bezrobocia wśród ludzi młodych („Nie ma roboty”), historię pary studentów, której finał zdaje się być uderzająco podobny do „C.S.I. Stegny” („Boczna”), próbę wcielenia się w stuzłotowy banknot („Stówa”), czy opowieść o opowiadaniu od czasów prehistorycznych do drugiej dekady XXI wieku („Technika gęby” z genialnym bitem Praczasa). Na krążku w znakomitej większości odnaleźć można elektroniczne klimaty, jednakże można spotkać się też z ukłonem w stronę Ludzików („Boczna”). Dęciaki należy zdecydowanie pochwalić za „Dziw”, Pracziego za bity do „Głodnych kawałków” i „Karawan”. Wśród recenzentów i krytyków album nie znalazł uznania, fani Pawła również się nie popisali – płyta nie była notowana na Oficjalnej Liście Sprzedaży. A ja tam jestem pewien, że przyszła nowa jakość. Jeśli już przy jakości jesteśmy, kolejny jej objaw w wykonaniu Pablo entuzjaści jego dokonań mogli usłyszeć w październiku 2014. Druga płyta, którą można uznać za solowy materiał Artysty nosiła tytuł „Tylko”. Pablopavo połączył siły ze swoim starym znajomym z Vavamuffin – Mothashippem, który ujawnił się na płycie jako kompozytor („Sobota”, „Carlos”, „Generał”) choć niektóre piosenki są w całości autorstwa Pawła („Ośmiu”, „Mistrzu”, czy „Kołysanka” wspaniale zagrana przez Ludziki na koncercie z cyklu Made in Polska w grudniu 2015 roku). Singlami promującymi album „Tylko” były utwory „Sobota” i „Carlos”. W moim skromnym odczuciu „Tylko” to rzecz dosyć nierówna – wspaniała „Sobota” (która zagościła na stałe w repertuarze Ludzików) i „Ośmiu” obok przeciętnego „Carlosa” i nijakiego „Generała”. Tematyka tekstów? Cierpienia przed śmiercią w szpitalnej sali („Mistrzu”), grupka bezdomnych bez schronienia w zimie („Generał”), utwór poświęcony Markowi Nowakowskiemu, zmarłemu w maju 2014 roku pisarzowi („Sobota”), historia boksera, który się stoczył i zginął w bójce pod barem („Ośmiu”), kolejny raz po „Nie ma roboty” pojawia się temat bezrobocia („Toczenie”). Płyta przypadła do gustu dziennikarzom muzycznym – za 2014 rok w plebiscytach Gazety Wyborczej oraz T-Mobile Music na najlepszą polską płytę „Tylko” zajęło odpowiednio szóste i drugie miejsce. Jest moc, po raz kolejny Pablopavo zyskał uznanie. W kolejnym roku, po premierze „Inity” Zjednoczenia Soundsystem o Pawła z warszawskiej Pragi upomniał się najwszechstronniejszy z wszechstronnych – Praczas. W drugiej części współpracy duet przeistoczył się w trio – Pablo zaproponował Rafałowi komitywę z Anią Iwanek, z którą poznał się jeszcze w czasach soundsystemowych (Iwanek należała do składu 6T’s Club), ponieważ według niego do projektu potrzebny był ktoś, kto umie śpiewać. Pod koniec 2015 roku wydany został „Wir”. Warto odnotować, że Panowie przyjęli trzy założenia przy pracy nad tym albumem. Po pierwsze – jak najmniej perkusji, w celu osiągnięcia nowego, odmiennego efektu końcowego, po drugie – jak najmniej opowieści inspirowanych szarą codziennością, po trzecie – ani słowa o Warszawie. I trzeba przyznać, że założenia spełniają się w stu procentach. Największym wyzwaniem dla Ani jak sama mówi było śpiewanie polskich tekstów (za które odpowiada oczywiście Pablopavo). Tekstowo przeważają romantyczne historie kochanków rozpisane na dwa głosy. Singlem promującym krążek został „Październikowy facet”. Ze smutkiem trzeba przyznać, że to dopiero drugi utwór w przebogatej kolekcji Pablito, który dotarł do szerszej publiczności. Efektem przetarcia tych szlaków było dwunaste miejsce na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Jeżeli chodzi o mojego faworyta, postawiłbym na „Nasz wir” ze względu na rajcującą melodię. W tekstach zdecydowanie wygrywa „Październikowy…”. Reakcje speców od muzyki były dość pozytywne, momentami do tego stopnia, że „Wirem” zajmowała się prasa koncentrująca się głównie na rocku („Gitarzysta”), jednakże promocja płyty była bardzo marna (łącznie zaledwie cztery koncerty w całej Polsce, odwołany występ m.in. w Krakowie). Szkoda, bo ta odsłona Pawła jest jedną z bardziej oryginalnych. Powiedział on o „Wirze”, że to najbardziej awangardowy i popowy zarazem materiał, nad jakim kiedykolwiek pracował. Praczi z kolei zaprosił Pablopavo do kolejnego dzieła, które ma przyjść na świat w 2018 roku. Obydwaj mówią, że nie lubią się powtarzać – znowu będzie demolka na polskiej scenie, to lubię!

 

Paweł z warszawskiej Pragi-Południe jest nienasycony, to już sprawa wiadoma. Przez kilkanaście swojej aktywności na polskiej scenie muzycznej swoją moc przelewał na wiele projektów, kolaboracji, duetów i tym podobnych. Razem z Vavamuffin nagrał utwór „Nigdy” (poruszająca historia bestialskiego morderstwa na młodym człowieku) na składankę „Far away from Jamaica” dedykowaną Sławomirowi „Merlinowi” Gołaszewskiemu. Kilka z gościnnych występów Pabla dokonało się razem z Reggaeneratorem (występ obu Panów jako Zjednoczenie Soundsystem na składance „Polski ogień” w numerze „Gyal na medal” – opowieści o straconej młodości i niechcianej ciąży, połączenie sił z Jarosławem „Sidneyem” Polakiem w utworze „Przemijamy”, którego tekst należy do Pablopavo). Parę działań zostało podjętych również z raperami. Na albumie „Klucz” w utworze „Projekt negatyw” można usłyszeć Pawła razem z Hemp Gru, w „Raptownych realiach” działa on z O.S.T.R., Kwasem, Mercedresem, i Fu. Zaowocowała zwłaszcza sztama z tym ostatnim – co słychać w numerze „Perspektywy” (tercet wraz z Olsenem). Pablito śpiewał również z Anią Rusowicz (wtedy jeszcze w zespole Dezire) w utworze „Niecny uczynek cielesny”. Kolejną kobietą, z którą Pawełek stworzył duet była Marika (a licząc Kamerala, będącego selektorem to jednak tercet) – kawałek „Blanta na melanż” idealnie prezentuje pełnię mocy włożonej w tą kompozycję. Po wydaniu „Vabang!” o Naszym dzisiejszym bohaterze w świecie trzech kolorów zaczęło się robić bardzo głośno. Pierwszymi zawodnikami, którzy zgłosili się po Pablopavo był soundsystem Dreadsquad. A że miał Paweł doświadczenie w zabawie dźwiękiem, to wyszły z tego dwie rzeczy: „Ragga dynamit” i „Mistrzowie mikrofonu”. Za obie ukłony, oczywiście. Kolejna kapela, bardzo uznana, która zauważyła Sołtysa to częstochowski Habakuk. Do nawinięcia swojej zwrotki w „Familijnej komitywie” zaproszony został też m.in. Krzysztof Fląt, znany światu także jako Reggaenerator. W następnym spotkaniu przed mikrofonem, o którym warto wspomnieć zobaczyli się dwaj muzycy o wielkiej sile przebicia – Paweł S. oraz Dariusz „Maleo” Malejonek (Izrael, Armia, Moskwa, 2Tm2,3, Houk). Ich wspólne dzieło to „Trzecia od słońca” (gdzie Pablo oddał „elementarny szacunek” zespołowi Maleo Reggae Rockers), a utwór „Reggaemova” wzbogacił swoim udziałem po raz kolejny niezawodny w każdym calu Reggaenerator. Bardzo ciekawa kooperacja w rozległej liście pablopavowych projektów miała miejsce z zespołem Kadubra. W tekście „Roots & culture” po raz pierwszy i jedyny można odnotować inspirację innym sportem niż piłka nożna, a konkretnie skokami narciarskimi („chcę olewać grawitację jak Kazuyoshi Funaki, chcę szybować jak Primoz Peterka”, wymienieni zostali również Matti Hautamaeki , Adam Małysz, Wojciech Fortuna i Primoz Ulaga). Piękny pierwiastek żeński dodaje Maniana, która swego czasu udzielała się w Zjednoczeniu. Jeśli już jesteśmy przy tym składzie, należy powiedzieć, że pod tym szyldem swoje pierwsze kroki stawiał Earl Jacob (pod czujnym okiem Pawła), we dwóch zaśpiewali w kawałku „Serce frajer” (tekst opowiada o wyższości rozumu nad sercem), a na koncertach promujących krążek „Warto rozrabiać” Pablo niejednokrotnie wspomagał Kubę w „Stój głuptasie!”. Występując na żywo Pablopavo dzielił scenę z takimi wykonawcami jak Ras Luta czy Junior Stress (zwany także „najmłodszym weteranem”, ze względu na bardzo bogate dokonania w wieku trzydziestu jeden lat). Razem z zespołem Village Kolektiv i Miguelem Czachowskim (gitarzystą współpracującym m.in. z Pawłem Kukizem, Leszkiem Możdżerem, czy Blue Cafe) nagrał utwór „Ktoby” – była to pierwsza kompozycja, nad którą pracował do spółki z Praczasem. Momentami miał również romans z jazzem (choć wpływy innych gatunków były tam niemałe) – udzielając się w utworze „Bauagan” Bauaganu Mistrzów. Pozostając przy tematyce jazzu, następny utwór o którym wypada coś napisać to „Tęskny jazz o podziemiu”. Jest to polskojęzyczny cover utworu „Subterranean homesick blues” Boba Dylana, który został popełniony przez zespół dylan.pl – w kooperacji z Pablito. Do wspólnego wykonania numeru „Szum” zaprosił Pawła Piotr „Kacezet” Kozieradzki, a efekt końcowy można obadać na płycie „Dziennik kapitana cz. 1”. Bardzo ciekawą (i moją ulubioną zarazem z gościnnych Pablo) piosenką jest „Urke” (nie mylić z kawałkiem Wilków!) grupy Klezmafour, gdzie Pablopavo opowiada historię bez happy endu o żydowskim chłopcu, wszystko to owiane klezmerskim klimatem, stworzonym przez instrumentalistów. Kolejna tragedia opowiedziana przez naszego dzielnego śpiewaka to ta o śmierci Jolanty Brzeskiej, działaczki ruchu lokatorskiego, która została uwieczniona pod tytułem „To jest piosenka o różnych rzeczach” (rzecz zagrana wspólnie z Ludzikami, jednakże pod szyldem swoim własnym). Hołd Kazimierzowi Deynie oddał Paweł nie tylko poprzez czapkę z jego wizerunkiem – wraz z zespołem Jordan nagrał piosenkę „Legenda Deyny” (bardzo krótką, acz treściwą). Z Damianem Syjonfamem, jednym z młodych zawodników na soundsystemowej scenie wystąpił w utworze „Etykiety”. Pablo również działał jako dziennikarz stacji Roxy FM (audycja „Tramwaj z Pragi”) oraz jako publicysta i felietonista.

 

Jako podsumowanie zgodnie z nową świecką tradycją moje prywatne TOP10 w wykonaniu Pablopavo – pod uwagę zostały wzięte wszystkie składy stałe, jak również występy gościnne.

 

10. Telehon (Ludziki, 2009)
9. Krzysiek (Ludziki, 2014)
8. Boczna (duet z Praczasem, 2011)
7. Oriento (Vavamuffin, 2007)
6. Ośmiu (solo na „Tylko”, 2014)
5. Roots & culture (gościnnie z Kadubrą, 2005)
4. Koronowane głowy (Vavamuffin, 2010)
3. Radical rootsman (Vavamuffin, 2013)
2. Urke (gościnnie z Klezmafour, 2012)
1. Mikołaj (Ludziki, 2014)

 

OGŁOSZENIA:

 

1.       Nie tak dawno temu w kalendarzu mieliśmy trzeci lipca. Tego dnia minęło 46 lat od śmierci „Króla Jaszczurów”, Jima Morrisona. „…and I’m gonna love you, till the heavens stop the rain”.

 

2.       Niezwykle przyjemnie jest zakomunikować, że dnia 25 lipca bieżącego roku będę miał okazję uczestniczyć w koncercie Red Hot Chili Peppers. Daleko mi do bycia fanatykiem Papryczek (a i oceny ich koncertów są dość mieszane), jednakże takiej gwiazdy przepuścić nie wypada, do tego w rodzinnym mieście. Ich najnowszy album, „The Getaway”, odsłuchałem jedynie po części, więc trzeba nadrobić. Choć póki co bardzo dobry jest „Go robot” z tej płyty, zobaczymy jak dalej.

 

 

3.       Na sam koniec bardzo gorąco chciałbym polecić pierwszy album zespołu Piersi pod tym samym tytułem (z czasów kiedy Kukiz był jeszcze poważnym muzykiem, zamiast niepoważnym pajacem). Prześmiewcze teksty i energetyczne instrumenty to jest to! „Lombardino”, „W Poroninie”, „Silesian song”, czy „Idą chłopcy” są klasą same dla siebie, warto.

kilkaslowomuzyce : :

#8 - Zimno w Irlandii... Komentarze (0)
26. czerwca 2017 21:53:00
linkologia.pl spis.pl

Witam wszystkich. Po wojażach z lewej strony Atlantyku w dzisiejszym odcinku nastąpi powrót na stronę prawą. Miejsce akcji – Limerick, Irlandia. To właśnie tam w 1989 roku został założony zespół, który jest jednym z najbardziej jednoznacznie kojarzonych z latami 90. XX wieku. Uprzedzam, że wyłącznie ten okres zostanie wzięty pod uwagę w moich rozważaniach. Przed Państwem Żurawinki – The Cranberries.

 

Jak wiadomo, sprawa przebicia się ze swoją twórczością w każdym jednym wypadku jest niemałym wyzwaniem. Nie inaczej było i tym razem, gdy bracia Hogan (Noel – gitara, Mike – bas) do spółki z Fergalem Lawlerem (perkusja) i Niallem Quinnem (wokal) zaczynali tworzyć kapelę. W połowie 1990 roku doszło do pierwszej roszady w składzie Zespołu. Quinn opuścił kolegów, a ci stwierdzili z kolei, że przeprowadzą casting na wokalistkę. W nim bezapelacyjne zwycięstwo odniosła Dolores O’Riordan, której talent do pisania tekstów objawił się bardzo szybko (dowodzi temu fakt, że słowa do „Linger” zostały napisane w jedną noc). Po nagraniu dema, na którym znalazły się wczesne wersje „Dreams” i „Linger” wytwórnie płytowe zaczęły prześcigać się w propozycjach kontraktowych. Zespół podpisał umowę z Island Records, która w tamtym czasie współpracowała również z U2.

 

Obie wymienione wcześniej piosenki promowały debiutancki album grupy – „Everybody else is doing it, so why can’t we?”. Jednakże żaden z singli (jak również i cała płyta) nie znalazł początkowo uznania w oczach fanów. W tym miejscu potwierdziła się prawdziwość powiedzenia głoszącego, że najprostsze rozwiązania są najlepsze – po ruszeniu w trasę koncertową (support przed Suede oraz The The), na której nierzadko Cranberries byli przyjmowani cieplej niż główna gwiazda, kapela zyskała rozgłos, a słupki sprzedażowe poszybowały w górę. Jeżeli chodzi o moje prywatne odczucia odnośnie tego krążka, jest on bardzo równy (odstają odrobinę jedyne „Put me down” i „I will always”). Tak „Dreams” jak i „Linger” pomimo odniesienia globalnego sukcesu nie przerastają pozostałych kompozycji. Utworami, które robią różnicę są w moich oczach niezmiennie „Not sorry” (przepiękny opis uczuć towarzyszących Dolores po rozstaniu z ukochanym), „Sunday” (partia perkusji i skrzypiec), oraz „How” (tu akurat na pierwszy plan wysuwa się melodia). Singel „Dreams” dotarł na 8. miejsce w Stanach, a latem 1994 roku płyta znalazła się na szczycie list sprzedaży. Cztery lata później „Dreams” znalazło się na soundtracku do komedii romantycznej „Masz wiadomość”, z Tomem Hanksem i Meg Ryan w głównych rolach.

 

Druga płyta w dorobku grupy na stałe zapisała się w historii rocka. „No need to argue” praktycznie nie niesie ze sobą piosenek wyraźnie odstających na minus od reszty (jeśli o mnie chodzi nie mogę się przekonać jedynie do „Daffodil lament”). To właśnie z tego albumu pochodzi utwór „Zombie”, odwołujący się do wydarzeń z tzw. powstania wielkanocnego (na co wskazuje fragment „It’s the same old team since 1916”). Jest on zadedykowany pamięci dwóch chłopców, którzy zginęli w zamachu bombowym zorganizowanym przez terrorystów z IRA (nie mylić z Gadowskim i spółką) na początku 1993 roku. Już przed oficjalną premierą był on faworytem publiczności (co widać i słychać na „Live” – zapisie audio i wideo londyńskiego koncertu ze stycznia 1994), by z biegiem lat stać się najjaśniejszą wizytówką Zespołu (ponad 537 milionów wyświetleń w serwisie YouTube). Mocnymi punktami są również „Empty”, gdzie bardzo ładnie zostały umiejscowione konga Fergala, jak również „So cold in Ireland” (kompozycja obecna na stronie B singla „Ode to my family”, przemycająca lekką nutę patriotyzmu w swoim tekście). Utwór „Yeats’ grave” opowiada o Williamie Butlerze Yeatsie, irlandzkim poecie przełomu XIX i XX wieku, a w tekście można odnaleźć fragmenty wiersza „No second Troy”. Sprzedażowo wykręcono najlepszy wynik w historii – ponad 7 milionów sprzedanych egzemplarzy wyłącznie w Stanach.

 

Trzecia płyta - „To the faithful departed” – zadedykowana została Danny’emu Cordellowi (przyjaciel Zespołu) oraz Joe’emu O’Riordanowi (dziadek Dolores). Obaj zmarli w 1996 roku, w którym to właśnie wydawnictwo ujrzało światło dzienne. Dla każdego z Panów powstał osobny utwór, odpowiednio – „Joe” i „Cordell”. I jak to zwykle z ciekawymi i wartościowymi kawałkami bywa, „Cordell” ukazał się dopiero w drugim wydaniu, ze wszelakimi bonusami (jednym z nich było koncertowe nagranie „Ave Maria”, gdzie Dolores śpiewa w duecie z Luciano Pavarottim). Żaden z trzech singli (a były to kolejno: „Salvation”, „Free to decide” i „When you’re gone”) nie powtórzył sukcesu chociażby na miarę „Ode to my family”, o „Zombie” czy „Dreams” nie wspominając. Krytycy nie zareagowali z aprobatą na krążek – do tego stopnia że „Q” w 2006 roku umieściło „To the faithful…” na liście pięćdziesięciu najgorszych albumów wszechczasów. Utwór „Bosnia” został poświęcony wojnie jugosłowiańskiej (w tym miejscu muszę się przyznać co do mojej słabości – gdy ten temat przewija się w muzyce, lub też ogólnie w kulturze, bardzo lubię o nim słuchać i go poznawać) oraz oblężeniu Sarajewa. W tym rozdaniu moimi faworytami pozostają niezmiennie „War child” (dzieci przedstawione jako „ofiary politycznych przestępstw”), jak również wspomniany wyżej „Cordell”, który porusza do głębi za każdym jednym razem.

 

Numer cztery – „Bury the Hatchet” – powstał po upływie trzech lat od ukazania się „To the faithful…”. Dolores O’Riordan zdążyła w międzyczasie zostać matką, co przejawia się w mocny sposób w tekstach „You and me” i „Animal instinct”. Jest tam wiele jasno świecących punktów (za przykład mogą posłużyć „Desperate Andy” czy też „Loud and clear”), aczkolwiek krążek nie należy do najrówniejszych. Można nawet stwierdzić, że dzieli się na połowy: udaną (utwory 1-7) i mniej udaną (8-14). Najbardziej uznanym singlem w oczach krytyki stał się „Promises” (12. Miejsce w Wielkiej Brytanii). W celu promocji płyty Zespół wyruszył w światową trasę, która trwała półtora roku i była najbardziej dochodową w dziejach. Sprzedaż stanęła na liczbie oscylującej w granicach 3,5 miliona kopii.

 

Dwudziesty pierwszy wiek nie był dla Żurawinek pasmem sukcesów. „Wake up and smell the coffee” – zarówno jako całość jak i jako single promocyjne z płyty („Analyse”, „Time is ticking out”, „This is the day”) – nie zapisał się w pamięci fanów ani recenzentów. W 2003 roku członkowie Zespołu zawiesili działalność na sześć lat, koncentrując się na karierach solowych, jednakże żadna z tych karier nie przebiegła pomyślnie – wręcz można uznać że skończyły się one zanim dobrze zdążyły się zacząć. Po powrocie mającym miejsce w 2009 roku, The Cranberries wydali album zatytułowany „Roses”. Nie przywrócił on miejsca w czołówce Zespołowi, pomimo tego że niósł ze sobą wartościowe rzeczy („Schizophrenic playboys”, „Show me”). Niepowodzenia w trzecim tysiącleciu naszej ery tym mocniej pokazują, że szczyt został osiągnięty w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku i właśnie dlatego skojarzenie z latami 90. jest w tym wypadku aż tak mocne.

 

Tak jak ostatnim razem pod koniec rozważań, poniżej prezentuję swoje TOP10 dla The Cranberries. Jako że ile Polaków tyle opinii, można się z tym wyborem nie zgodzić. A nawet trzeba, bo o gustach się nie dyskutuje.

 

10. Zombie
9. How
8. Desperate Andy
7. Loud and clear
6. Sunday
5. Not sorry
4. War child
3. Empty
2. Cordell
1. So cold in Ireland

 

OGŁOSZENIA:

1.       „Tata 2, Tata Kazika, niedługo przyjdzie pora - Tata Kazika kontra Hedora“. Słowa z numeru „12 groszy” po dwudziestu latach stały się ciałem. Dziewiętnastego maja miała miejsce premiera płyty „Tata Kazika kontra Hedora” zespołu Kazik i Kwartet Proforma. W przypadku trzeciej części „tatowej” twórczości Kazika po Stanisławie Staszewskim zostały tylko teksty, warstwa melodyczna została opracowana od podstaw przez muzyków Kwartetu. Płyta jest wspaniała zarówno tekstowo jak i muzycznie. Bardzo mocny kandydat do płyty roku, choć należy poczekać jeszcze na siódmą płytę Lao Che, która ma się ukazać jesienią. Moim faworytem w zestawie piętnastu piosenek został utwór „Ogrodnik” – piękna gitara i bardzo urzekający tekst.

 

2.       Na przestrzeni pięciu dni w miesiącu maju najpiękniejszy ze światów stracił dwóch wielkich Artystów z dwóch różnych bajek. Osiemnastego maja po koncercie w Detroit samobójstwo w wieku 52 lat popełnił Chris Cornell, lider takich projektów jak Soundgarden i Audioslave. Informacja to tym smutniejsza gdy zdadzą sobie Państwo sprawę że z „Wielkiej Czwórki z Seattle” nie żyje już trzech wokalistów. Cztery dni później odszedł od Nas człowiek z burzą włosów. Panie Zbyszku, świetnie się oglądało z Panem świat.

 

3.       Dnia siedemnastego czerwca bieżącego roku dawną stolicę Polaków nawiedził System Of A Down. Zagrać dwadzieścia sześć kawałków w dziewięćdziesiąt minut to jest sztuka. Zrobić to z taką ilością mocy i energii potrafią wyłącznie nieliczni. Przez półtorej godziny miałem znów czternaście lat, a fakt usłyszenia na żywo takich numerów jak „Violent pornography” czy „Highway song” zostanie w pamięci dożywotnio.

 

4.       Idą wakacje. Młodsi je mają, starsi jeszcze nie, ale to się zmieni. A jak powszechnie wiadomo wakacje należy spędzać aktywnie. Dlatego też w trakcie dwumiesięcznej przerwy od spraw uczelnianych ramowy plan koncertów uwzględnia takie Zespoły jak Red Hot Chili Peppers, Cree, Vavamuffin, Dżem i Kult. Oczywiście wakacje jeszcze się nie zaczęły więc lista może się wydłużyć o parę pozycji…

 

W następnym odcinku odwiedzę pewnego warszawiaka, który pomimo dość młodego wieku (39 lat) zdążył zostać legendą dwóch polskich scen muzycznych. Jednocześnie chciałbym złożyć przeprosiny za czas produkcji kolejnego odcinka serialu.

 

Z rock’n’rollowym pozdrowieniem!

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

 Zastanawiałem się dłuższą chwilę, czy zrobić to teraz czy później. Stwierdziłem, że póki co rok 2017 przyniósł jedynie jedną nową fascynację, więc nie czając się dłużej chciałem Państwu przedstawić pewną wspaniałą grupę. 31 lat na scenie. Piętnaście albumów studyjnych. Kilkanaście hitów znanych na całym świecie. Kilka płyt, które mocno wpłynęły na muzykę rockową. Ponad 85 milionów kopii sprzedanych albumów. Po prostu R.E.M.

 

Była końcówka roku 2011. Wtedy to na którejś kolejnej lekcji języka angielskiego prowadzonej przez Panią J. usłyszałem pierwszy raz utwór „UBerlin”. Niby nic się nie zmieniło, ale coś tam powoli podsłuchiwałem. Jasne, że wcześniej znałem takie numery jak „Shiny happy people”, „Everybody hurts”, czy „Losing my religion”, ale na tych trzech stanęło. Do czasu tej lekcji. Co prawda fascynacja eksplodowała dopiero teraz, ale pierwszy krok został uczyniony wtedy. Drugim krokiem było zapoznanie się z utworem „Drive” w wakacje 2013. Za tym poszło kilka innych utworów, jednakże „Drive” zostało ze mną już na zawsze. Trzeci i przedostatni postawiony został dwa lata później – za sprawą zakupu składanki „In Time”, zawierającej utwory z lat 1988-2001. Wystarczy wymienić „Man on the moon”, „Imitation of life”, czy „The sidewinder sleeps tonite”.

 

Czwarty krok uczyniłem z ciekawości. Bo w sumie czemu nie przesłuchać całej dyskografii świetnej kapeli? Żeby ułatwić sprawę sobie i Państwu dzisiejsza opowieść będzie w trzech częściach.

 

Część pierwsza: kultowe początki (1980-1987)

 

Początki „mistrzów smutnych piosenek” datuje się na rok 1980. Lider i wokalista grupy Michael Stipe za nazwę grupy obrał losowy termin ze słownika oznaczający jedną z faz snu. Uwagę krytyków oraz słuchaczy zwrócił już pierwszy singel – „Radio Free Europe” – wydany rok później.  Utwór ten stawał się coraz bardziej kultowy, do tego stopnia, że po latach znalazł się na liście „500 piosenek, które ukształtowały rocka” (z repertuaru R.E.M. znalazło się tam też „Losing my religion”). Stał się również motorem napędowym i znakiem rozpoznawczym debiutanckiego longplaya.

 

„Murmur” jest pierwszą z „wpływowych” płyt w dorobku grupy. Charakterystyczny sposób śpiewania Stipe’a powodował niemałe trudności w próbach zrozumienia tekstów. Bill Berry grał na perkusji szalenie prosto i szalenie wciągajaco zarazem. Wielcy tego świata przyjęli pierwszy krążek bardzo ciepło (do tego stopnia, że „Rolling Stone” uznał „Murmur” za lepszą płytę niż „Thriller” Michaela Jacksona w plebiscycie na album roku 1983). Album został symbolicznym punktem, w którym post-punk przeobraził się w rock alternatywny. Pomimo wszelakiej aprobaty sprzedał się on jedynie w dwustu tysiącach sztuk.

 

Dzięki sukcesowi „Murmur” Zespół dostał zaproszenie do programu Davida Lettermana. Wykonał w nim premierowo utwór, który został później przedstawiony pod tytułem „So. Central Rain”. Wymieniony przeze mnie utwór promował drugi album zespołu – „Reckoning”. Płyta zawiera m.in. dedykację dla zmarłego przyjaciela Stipe’a („Camera”), oraz młodzieńcze wspomnienie basisty Mike’a Millsa („Rockville” – scoverowany w fantastycznym stylu przez zespół 10,000 Maniacs). Trzeci krążek - „Fables of the reconstruction” - różni się nieco od reszty twróczości grupy. Jest to jedyny album koncepcyjny w dorobku R.E.M., traktuje on o mitach, baśniach i legendach w wersji amerykańskiej. Jednym z najpiękniejszych utworów na „Fables…” (oraz jednym z najwybitniejszych patrząc globalnie) jest kompozycja „Driver 8”. Tekst mówi w abstrakcyjny sposób o podróży pociągiem, a riff Petera Bucka nadaje całości pierwiastka magii. Z kolei tytuł dla numeru „Kohoutek” został zapożyczony od jednej z komet, jest to jedna z najwcześniejszych kompozycji grupy, opowiadająca o niespełnionej miłości (jak połowa piosenek na świecie w opinii Pablopavo). „Fables…” wyróżnia się mrocznym, mistycznym brzmieniem na tle innych krążków grupy. Płyta zyskała mieszane recenzje – mimo sporej ilości czasu antenowego dla „Driver 8” i „Can’t get there from here”, krytycy nie byli nazbyt przychylni. Nawet wśród muzyków R.E.M. panuje dwugłos odnośnie tego wydawnictwa. Bill Berry:  „Fables…” jest słabym materiałem”, Peter Buck: „Jestem dumny z tego, jak dziwnie brzmi ten album”.

 

Jeżeli chodzi o następcę „Fables…” („Life’s rich pageant”) to wypada powiedzieć, że żaden zespół, który utrzymywał się na scenie przez wiele dekad nie przeszedł przez karierę suchą stopą. R.E.M. ma kilka słabych punktów w swojej twórczości („Green”, „Monster”, „Up”, „Around the sun”, „Accelerate") – w tym przypadku nie było potwierdzenia reguły przez wyjątek.

 

Rok 1987 przyniósł ze sobą przełom co się zowie. „Document” – piąty album grupy – był trampoliną do masowego sukcesu. R.E.M. z zespołu kultowego w kręgach okołostudenckich stał się gwiazdą największego formatu. Płyta sprzedała się w milionie sztuk na przestrzeni kilku miesięcy. Magazyn „Rolling Stone” okrzyknął Stipe’a i spółkę „najlepszym zespołem rockowym w Stanach”. Krążek niósł ze sobą utwory o zabarwieniu politycznym („Exhuming McCarthy”, „Welcome to the occupation”), jak również piosenki „radiowe” („It’s the end of the world”, „The one I love”). Umieszczenie na płycie ostatniej z wymienionych było strzałem w dziesiątkę – to właśnie ten przebój przyczynił się najmocniej do uzyskania statusu platynowej płyty. „Document” zajął 470. miejsce na liście pięciuset albumów wszechczasów, o której wspominałem w poprzednim wpisie.

 

Część druga: sława i chwała (1988-1996)

 

Na początku 1988 roku R.E.M. było na fali wznoszącej. Po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Warner Bros. Zespół wyważył wszystkie bramy, jakie tylko mógł (koncerty w największych halach i największych stadionach świata). Jakkolwiek pierwsza płyta z omawianego okresu („Green”) nie jest i nigdy już nie będzie moim faworytem, tak należy ją docenić. Zrobił to sam Kurt Cobain, sytuując szóstą płytę grupy w swoim prywatnym TOP50. Bardzo do gustu przypadł mi utwór „World Leader Pretend” (wspaniałe klawisze Mike’a!), jest to doskonały przykład wspaniałego i niedocenianego numeru, który nie został wydany na singlu. Podobnie jak na „Document” mamy do czynienia z kontestacją okołopolityczną (sprzeciw dla działań amerykańskich wojsk w Wietnamie zawarty w tekście „Orange Crush”, krytyka zimnej wojny we wspomnianym „World Leader Pretend”). Na jednym z koncertów promujących album Zespół zagrał całą „Green” od A do Z, by po ostatnim utworze z płyty zacząć grać cały… „Murmur”.

 

Rozwój kariery w przypadku R.E.M. był bardzo zbilansowany. Siódmą płytę w dorobku grupy można porównać do wejścia po schodach na ostatnie piętro wieżowca. „Out of time” ujrzała światło dzienne na początku 1991 roku. Album niósł ze sobą zmianę stylistyki (partie grane na mandolinie czy gitarach akustycznych), jak również dwa wielkie hity. Pierwszym z nich (choć chronologicznie drugim) była piosenka „Shiny happy people”. Wartym odnotowania jest fakt, że to jedyny utwór, który osiągnął miejsce w TOP10 zarówno w Stanach, jak i na Wyspach.

 

O drugim hicie Michael Stipe powiedział: „W naszej karierze można wyróżnić dwa okresy – ten przed „Losing my religion” i ten po nim”. Mandolinowy riff Bucka stał się symbolem lat dziewięćdziesiątych oraz znakiem rozpoznawczym grupy. To właśnie dzięki „Losing my religion” „Out of time” stała się jedyną płytą, która osiągnęła pierwsze miejsce zarówno w Stanach jak i na Wyspach. Sam utwór otrzymał dwie nagrody Grammy, a grupa została okrzyknięta „największym zespołem rockowym obok U2”. Tym sposobem szczyt został osiągnięty. Co prawda po ośmiu latach od debiutu płytowego, ale został.

 

Mówi się, że wejście na szczyt jest łatwiejsze niż utrzymanie się na nim. „Automatic for the people” z roku 1992 było potwierdzeniem dominacji na rynku. Wystarczy wspomnieć, że połowa utworów („Drive”, „Man on the moon”, „The sidewinder sleeps tonite”, „Everybody hurts”, „Nightswimming”, „Find the river”) została wydana jako single, a liczba sprzedanych kopii przekroczyła osiemnaście milionów. Peter Buck i Mike Mills zgodnie uznali, że „Automatic…” jest najlepszym albumem w dziejach grupy. W plebiscycie na sto albumów wszechczasów magazynu „NME” album został sklasyfikowany na 37. miejscu. W warstwie tekstowej album dotyka spraw poważnych, głównie przemijania. Przewija się też wątek narkotyków i zagubienia („Drive”), młodzieńczych problemów („Everybody hurts”), czy krytyki amerykańskich elit poltycznych („Ignoreland”). Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, przeważają utwory w wolnym tempie (z wyłączeniem „Ignoreland”, „Man on the moon” i „The sidewinder sleeps tonite”). „Ignoreland” zdaniem muzyków nie był utworem wybitnym. Do tego stopnia, że swojego koncertowego debiutu doczekał się ponad piętnaście lat od wydania płyty (Vancouver, maj 2008). Zarówno promocji „Automatic for the people” jak i „Out of time” nie towarzyszyła trasa koncertowa. Paradoskalnie zwiększyło to zainteresowanie mediów Zespołem, a w szczególności osobą Stipe’a. Krążyły plotki, że wokalista jest chory na AIDS, mówiono też o raku.

 

W roku 1994 R.E.M. powróciło do koncertowania. Nie powróciło natomiast z dobrym albumem – „Monster” nie powtórzył sukcesu poprzedników. Na single promujące album wybrano utwory „What’s the frequency, Kenneth?”, oraz „Bang and blame”. Drugi z wymienionych utworów był ostatnim hitem Zespołu w Stanach Zjednoczonych. W trakcie koncertu na trasie promocyjnej w szwajcarskiej Lozannie Bill Berry spadł ze sceny doznając wstrząsu mózgu. Głównymi supportami na trasie były takie zespoły jak Sonic Youth czy Radiohead. Wśród krytyków „Monster” zebrał mieszane recenzje. „Rolling Stone” ocenił płytę bardzo wysoko (cztery i pół gwiazdki na pięć możliwych), z kolei „NME” stwierdził, że jest to krążek nagrany wyłącznie po to, by zająć czymś uwagę najwierniejszych fanów grupy. Jedna z piosenek zawartych na albumie ma znaczenie symboliczne – „Let me in” została zadedykowana pamięci Kurta Cobaina, który popełnił samobójstwo 5 kwietnia 1994 roku.

 

W połowie 1995 roku między częściami światowej trasy R.E.M. powróciło do studia. Tego typu manewr został zaczerpnięty od grupy Radiohead i przez kilka następnych lat był powielany przy pracy nad nowym materiałem. Po latach Michael Stipe stwierdził, że „New adventures in Hi-Fi” to jego ulubiony album w dziejach kapeli. Muzycy podczas procesu twórczego otwarcie przyznawali się do inspiracji muzyką Neila Younga, a premiera albumu przypadła na początek września 1996. Największym hitem pochodzącym z krążka „New adventures…” okazał się utwór „E-bow the letter”, w którym swojego głosu użyczyła Patti Smith (jej głos usłyszeć można także w piosence „Blue” z albumu „Collapse into now”). Sukcesu na miarę „Green”, „Out of time”, czy „Automatic…” nie udało się odnieść – rock alternatywny w drugiej połowie lat 90. był w zdecydowanym odwrocie. Moim osobistym faworytem jest kawałek zatytułowany „Leave” (kolejny wyrazisty riff Bucka). Został on w ciekawy sposób okraszony dźwiękiem syreny alarmowej, który niejako nadaje rytm tej kompozycji.

 

Część trzecia: Trio (1997-2011)

 

W roku 1997 doszło do przetasowania w składzie Zespołu. Szeregi R.E.M. opuścił Bill Berry. Grupa jednakże trwała dalej – Berry stwierdził, że gdyby kapela miała się rozpaść z powodu jego odejścia, on zasiadałby nadal za bębnami. Stipe po czasie skomentował odejście perkusisty: „Trójnożny pies to nadal pies – musi tylko nauczyć się inaczej poruszać”.

 

Końcówka dwudziestego wieku nie należała do R.E.M. Pomimo sporego zapotrzebowania na muzykę grupy na Wyspach Brytyjskich album „Up” zaliczył dość spektakularną klęskę. Dobre notowania w UK (jak również w Austrii, Niemczech i Norwegii) nie przełożyły się na sukces sprzedażowy, ani ten na trasie koncertowej. Recenzent magazynu „Q” był zdania, że album nie przypadnie do gustu tym, którzy znają wyłącznie hity z „Automatic for the people”. Przyznał również, że nietypowe zabiegi muzyczne (elektroniczna perkusja) nie są niczym nowym, ponieważ na pierwszych czterech albumach słowa były całkowicie niezrozumiałe.

 

Odwrócenie trendu nadeszło wraz z nowym tysiącleciem. Na płycie „Reveal” muzycy jednoznacznie udowodnili, że nie powiedzieli oni ostatniego słowa. „Imitation of life” – pierwszy singiel promujący album  – okazał się być również pierwszym utworem, który osiągnął szczyt japońskiej listy przebojów.

Na płycie można usłyszeć różnorakie inspiracje. Powstanie „Disappear” stało się możliwe dzięki fascynacji Stipe’a piosenką „How to disappear completely” Radiohead (w tym miejscu wypada wspomnieć, że Michael Stipe i Thom Yorke są serdecznymi przyjaciółmi). Z kolei utwory „Beat a drum”, „Beachball” i „Summer turns to high” zdradzają miłość Mike’a Millsa i Petera Bucka do grupy The Beach Boys. Mocnymi punktami na krążku są również pozostałe single: „All the way to Reno”, oraz „I’ll take the rain”, które zyskały dużą popularność w Wielkiej Brytanii i Europie Zachodniej. Podczas trasy na jednym z koncertów gościnnie wystąpił Bill Berry w utworach „Radio Free Europe” i „Permanent vacation”.

 

W roku 2004 przyszła pora na album „Around the sun”. Fani R.E.M. w Wielkiej Brytanii jak zawsze nie zawiedli – album odniósł komercyjny sukces, a pierwszy singiel („Leaving New York”) dotarł do miejsca piątego na brytyjskich listach. Jednakże muzycy nie byli zachwyceni swoją twórczością na tej płycie. Peter Buck: „„Around the sun” brzmi jak grupa ludzi znudzonych materiałem i tak w rzeczywistości jest.”, Mike Mills: „Krążek okazał się wolniejszy niż to planowaliśmy.” Po raz kolejny mamy do czynienia z zaangażowaniem politycznym (krytyka działań amerykańskiej armii w Iraku w tekście „Final straw”). Niewątpliwą wartością dodaną płyty jest numer o tytule „The worst joke ever”, głównie ze względu na wokal Stipe’a w refrenie. Buck stwierdził po kilku latach, że długo nie mógł pogodzić się z faktem, iż „Around the sun” nie jest tak dobry jak być powinien. Dwa lata później, w październiku 2006 R.E.M. zostało nominowane do Rock’n’roll Hall of Fame. Warto wspomnieć, że stało się to tuż po upływie dwudziestu pięciu lat od scenicznego debiutu (co jest warunkiem do takiej nominacji). Grupa została wprowadzona przez wokalistę Pearl Jam Eddiego Veddera, a wraz z Buckiem, Millsem i Stipe’em gościnnie zagrał Bill Berry (m.in. „Man on the moon” oraz cover „I wanna be your dog” The Stooges).

 

W roku 2008 kapela wydała płytę „Accelerate”. Od dwóch poprzednich wyróżniała się ona większą dynamiką i agresją w warstwie instrumentalnej, niespotykaną od czasów „Document” i „Green”. Proces twórczy trwał bardzo krótko, a według recenzentów (oraz brytyjskich słuchaczy) była to najlepsza płyta od czasów „New adventures in Hi-Fi”. Po zakończeniu trasy promującej „Accelerate” doszło do poważnej narady w Zespole. Muzycy nie byli przekonani co do dalszej działalności pod szyldem R.E.M. W trakcie sesji nagraniowej do albumu „Collapse into now” zapadły ostateczne decyzje…

 

„Collapse into now” to płyta bardzo osobista (tekst do „Discoverer” jest oparty na wydarzeniach z życia Stipe’a w czasach gdy był zafascynowany Nowym Jorkiem). Uwagę przykuwa tekst piosenki „Oh my heart” opowiadającej o miłości do małej ojczyzny. Gościnnie w refrenie „It happened today” można usłyszeć Eddiego Veddera, jak również Patti Smith w utworze „Blue”. Mój numer jeden z tego albumu, jak wspomniałem nieco wyżej to „UBerlin” (nie wiem który raz to napiszę, ale gitara Bucka jest tu nie do przecenienia). Materiał z „Collapse…” nie był nigdy grany na żywo (za wyjątkiem „Mine smell like honey”, które zostało wykonane przez Stipe’a na jednym z koncertów charytatywnych), a muzycy nie ruszyli w trasę.

21 września 2011 roku R.E.M. ogłosiło zakończenie swojej kariery. Dwa miesiące później Mike Mills i Michael Stipe ogłosili w mediach, że opcja powrotu w przyszłości nie wchodzi w grę. Na koniec naszych dzisiejszych rozważań chciałbym zaprezentować swoje subiektywne TOP10 w twórczości Stipe’a i spółki:

 

10. The one I love
9. Rockville
8. Shiny happy people
7. Leave
6. The sidewinder sleeps tonite
5. I’ll take the rain
4. Losing my religion
3. Driver 8
2. UBerlin
1. Drive

 

OGŁOSZENIA:

1.       Czwartek, trzydziesty marca. Na ten dzień zaplanowana jest premiera krążka „Ladinola”, czwartej płyty Pablopavo i Ludzików. Ekscytacja ogromna, trzy kawałki, które zdążyły ujrzeć światło dzienne zupełnie różne od siebie, lecz wszystkie świetne. Przeczuwam, że właśnie na tym będzie się opierać moc tego albumu. Aby do czwartku, mości Panowie!

 

2.       Luty i marzec obfitował w różnorakie koncerty. Kult, Vavamuffin, Lao Che, Voo Voo i wiele innych. Początek kwietnia też zapowiada się nieźle. Na rozkładzie wyżej wymienieni Ludzikowie oraz KAT, oba występy dzień po dniu. W późniejszej części miesiąca zapowiada się przerwa w działaniach okołomuzycznych, aczkolwiek zawsze należy poczekać na rozwój sytuacji.

 

 

3.       „Juwenalia, juwenalia – kto nie pije, ten kanalia!”. Tak zwykło się mawiać, ale koncerty też są ważne. Kto na rozkładzie w królewskim mieście? Oczywiście Kult i oczywiście Lao Che. Poza oczywistościami Coma, Pidżama Porno, IRA oraz Fisz Emade Tworzywo. Czy warto? „Ha, no jasne, że chyba!” Z czasem zapewne lista się poszerzy.

 

Za cel kolejnej podróży zostanie obrana Irlandia. I będzie mowa o pewnej kobiecie o głosie wielkim. Ktoś, coś?

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

Tym razem przerwa była wyjątkowo długa. Z samego pisania o muzyce (i jej słuchania) się nie wyżyje. Zapraszam do kolejnej lektury. Dziś na tapecie prawdziwa „waga ciężka” jeśli chodzi o dokonania i wpływ na muzykę. I nie chodzi tu o jakieś pojechane odmiany death metalu, czy czegoś.

 Zespół, który bywał nazywany „trzecim wielkim”, obok Beatlesów i Stonesów. Mimo bardzo krótkiego czasu, w którym tworzyli, zdążyli zdefiniować rock’n’rolla na nowo. O kim mowa? Zgodnie z obietnicą – o The Doors!

Każdy z członków wywodził się z kompletnie innego stylu. John był wychowany na jazzie. Robby inspirował się muzyką latynoamerykańską, oraz flamenco. Ray został wykształcony w kierunku muzyki klasycznej. Jima Morrisona z kolei bardziej pociągała poezja, aniżeli muzyka. Sam bardziej uważał się z poetę niż muzyka. Pomimo tego, stał się jedną z najbardziej wpływowych postaci w historii muzyki. Idolem swojego pokolenia jak również kilku następnych. Ikoną popkultury.

Drzwi zostały otwarte w roku 1965. Jim Morrison i Ray Manzarek byli studentami tej samej uczelni w Los Angeles. Kiedy Jim zaśpiewał Rayowi tekst do „Moonlight drive”, ostatni z wymienionych stwierdził, że z tego musi być zespół i już. Do współpracy zostali zaproszeni gitarzysta Robby Krieger wraz z perkusistą Johnem Densmore’em. Jedynym warunkiem, jakim postawił Morrison, była nazwa zespołu. Czyli właśnie osławione „drzwi”.

Początki nie należały do łatwych. Ciężko było żółtodziobom gdzieś się zahaczyć, żeby móc zagrać koncert, szefowie klubów nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do tego, co proponował kwartet. Woleli grzeczne, ułożone granie, muzyka psychodeliczna budziła w nich dużą awersję. Ale pierwsza płyta zmieniła wszystko…

 Jak wspominałem poprzednio, od jej premiery minęło już ponad 50 lat. Mimo upływu półwiecza nadal w radiostacjach można usłyszeć takie utwory jak „Break on through”, „Light my fire”, czy „Alabama song”. I pewnie jeszcze jakiś czas się to nie zmieni. Utwór „Light my fire” osiągnął pierwsze miejsce na liście „Billboardu” (ten sukces powtórzył jedynie „Hello, I love you”).

Na debiutanckiej płycie, zatytułowanej po prostu „The Doors” znajduje się wiele dobrego. Otwierający płytę „Break on through” (który będąc singlem pół wieku temu został praktycznie niezauważony), mocno rozpoetyzowany „The crystal ship” z pięknym popisem klawiszowym Manzarka (jednym z wielu), poddany reinterpretacji bluesowy klasyk Williego Dixona („Back door man”), czy monumentalny „The End”. Nie wspominając już o „Light my fire” (do którego melodia została ułożona w niecałe pięć minut) czy kolejnej wspaniałej reinterpretacji (tym razem zapożyczonej z „Dreigroschen Oper”) - „Alabama song”. Każdy może się zachwycić czymś innym, wielu może stwierdzić, że właśnie tego im brakowało. Według magazynu „Rolling Stone” debiut Doorsów to 49. płyta wszechczasów. Dla mnie spokojnie TOP20, jeśli nie wyżej.

Do historii przeszła sytuacja gdy Morrison i spółka byli supportem dla zespołu The Jefferson Airplane. Podczas ich występu pod sceną stało dwa razy więcej ludzi, niż w trakcie występu głównej gwiazdy wieczoru. Myślę, że dalszy komentarz jest zbędny.

Po jednym z najlepszych debiutów w historii (wydaje mi się, że równie mocno zaczęła tylko Metallica kilkanaście lat później), po upływie dziewięciu miesięcy przyszedł czas, by objawić światu następcę „The Doors”. A były to…

Osobliwe dni. „Strange days”. Nie jest to może album, który przeskakuje poprzeczkę zawieszoną przez poprzednika, ale powiedzieć o nim że jest słaby to się zwyczajnie nie godzi. Domniują utwory krótkie, aczkolwiek powtórzony został zabieg z „jedynki” – długi utwór zamykający album („When the music’s over”). Otwarcie płyty z klawiszowym wstępem do utworu tytułowego zdobyło bezsprzecznie moje serce. Uwagę przyciągają również kompozycje „Love me two times” oraz wymieniona wyżej „Moonlight drive”. Najbardziej znanym kawałkiem z tego krążka jest „People are strange”, który jest również grany po dziś dzień w rozgłośniach, przy czym nie wyróżnia go nic. Może z wyłączeniem tekstu, choć to nie słowa decydują o tym co jest grane w eterze. Jest to dla mnie swoista zagadka, choć rozumiem, dlaczego „People…” znajduje się na absolutnie każdej składance Doorsów od ponad czterdziestu lat.

Po dwóch płytach (czytaj: pod koniec 1967 roku) Doorsi mieli już urguntowaną pozycję w pierwszej lidze po lewej stronie Atlantyku. Po prawej w sumie też, ale jako że wywodzili się ze Stanów to po lewej bardziej. Nadszedł czas zmian – miejscami dość mocnych, miejscami jedynie subtelnych…

„Waiting for the sun” wydana w roku 1968 jest płytą mocno nieoczywistą. Z jednej strony klimaty znane z poprzednich płyt, takie jak „Hello, I love you”, pacyfistyczny „The unknown soldier”, przerażający dzikością „Five to one” (jedna z interpretacji tekstu mówi o rasizmie – w tamtych czasach białych było w USA pięć razy więcej niż czarnych, stąd miał się wywodzić tytuł), czy fantastycznie nabierający dynamiki „No to touch the earth” (będący częścią większej całości – mianowicie „Celebration of the lizard”). Z drugiej strony najwyraźniejszy ukłon dla rytmów latynoskich, który został mocno doceniony zarówno przez krytyków, jak też przez fanów („Spanish caravan”), lub coś, co mogłoby spokojnie znaleźć się w repertuarze Elvisa („Wintertime love”). Na szczególną uwagę zasługuje „Love street” – utwór napisany przez Jima dla życiowej partnerki (lub też „kosmicznej przyjaciółki”, jak sam ją określał), Pameli Courson. Klawisze Raya w tym numerze hipnotyzują. Pomimo wolt stylistycznych „Waiting for the sun” jako jedyny album kapeli zajął pierwsze miejsce na liście „Billboardu”. Znaczy sprzedawał się dobrze i ludziom się podobało.

Pozwolę sobie skrócić i uprościć pewne rzeczy jeżeli mowa o czwartej i piątej płycie. „The soft parade” i „Morrison Hotel” nie są dziełami najwyższej próby. Pierwsza z nich ma jeden bardzo mocny punkt – „Touch me”, żywiołowy numer, który jako singel sprzedał się w liczbie ponad miliona egzemplarzy (podobnie jak „Hello, I love you” i „Light my fire”). W drugiej na wzmiankę zasługują trzy kawałki: „Roadhouse blues”, który czerpie mocno z bluesa, ale aranżacja bluesowa z pewnością nie jest, „Waiting for the sun”, gdzie dość prosty rytm napędza całość, oraz „Peace frog”, w którym po raz enty można usłyszeć pozytywne szaleństwo Raya na Hammondzie. Te dwa krążki jedynie udowadniają, że nawet tacy giganci czasami notują obniżkę formy.

Czerpanie z bluesa. Mówią, że na bluesie opiera się wszystko, co zostało stworzone w XX i XXI wieku. Wszystko to może nie, ale powrót do korzeni okazał się kluczem (i rozwinięciem wstępnie obranej drogi na „Morrison Hotel”) do sukcesu szóstej – i jak się niedługo później okaże ostatniej – płyty zespołu z Kalifornii. Nie ma w zasadzie sensu by wymieniać które numery są bluesowe, bo by trzeba było wpisać całą dziesiątkę. Odnotować należy, że na albumie „L.A. Woman” pojawiły się dłuższe formy, niespotykane od płyty „Strange days” (takie jak „Riders on the storm” czy utwór tytułowy). Sądzę, że dobrze się stało. Jeśli chodzi o covery i inspiracje, zespół zapożyczył bluesowy klasyk „Crawling King Snake”, spopularyzowany m.in. przez Big Joe Williamsa i Johna Lee Hookera, a w klawiszowej solówce utworu „Hyacinth house” da się wysłyszeć wpływy Fryderyka Chopina. Z kolei „Riders on the storm” inspirowane było utworem „Ghost riders in the sky” autorstwa Stana Jonesa. Na uwagę zasługują melorecytowane „The W.A.S.P. (Texas Radio and the Big Beat)”, oraz pierwszy singel z albumu autorstwa Robby’ego – „Love her madly”. Album nie powstał bez przeszkód – w trakcie pracy nad nowym materiałem z kapelą pożegnał się jej wieloletni współpracownik i menedżer, Paul Rothchild. Tarcia dotyczyły głównie utworu „Love her madly”, który nie spodobał się Rothchildowi na tyle, że określił go mianem „artystycznego kroku wstecz”. Osobiście tak nie uważam, ale przynajmniej facet miał swoje zdanie.

Po kilku koncertach w grudniu 1970 (ostatnich w pełnym składzie) Morrison wyjechał wraz z Pamelą do Paryża i osiadł tam na stałe. Jedynie sporadycznie kontaktował się z pozostałymi członkami zespołu. Densmore’a na tyle denerwowało pijaństwo Morrisona, że nie wyobrażał sobie dalszej wspólnej działalności. Jednakże wszystko potoczyło się jeszcze bardziej tragicznie…

Dnia trzeciego lipca 1971 roku Jim Morrison został znaleziony martwy w wannie w swojej paryskiej posiadłości. Dokładne przyczyny śmierci nie są znane – sekcja zwłok nie została przeprowadzona, ponieważ nie stwierdzono żadnych znamion przestępstwa (tak działa, bądź też wtedy działało francuskie prawo). Pewne jest jedno – największy rockowy wokalista odszedł zdecydowanie przedwcześnie. Został pochowany na cmentarzu Pere Lachaise w Paryżu. Doorsi bez Jima? No tak, próbowano różnych koncepcji, wydano kilka albumów w różnych konfiguracjach (z muzykami z oryginalnego składu współpracowali m. in. Ian Astbury z The Cult, czy Stewart Copeland z The Police), ale nikt i nic nie mogło zastąpić za mikrofonem „Króla Jaszczurów”.

Morrison był na tyle niepowtarzalną postacią, ze przeszedł do historii jako pierwszy artysta aresztowany w trakcie swojego koncertu. A może nawet pierwszy i ostatni, nie wiem. Rzecz wydarzyła się w stanie Connecticut, w New Haven. Przed koncertem Morrison obściskiwał się dość mocno z fanką. Zajście przyuważył policjant. Jako że policjanci są w przeważającej większości debilami, Jim został wzięty za kogoś innego i po drobnej kłótni policjant użył gazu. Z powodu niedyspozycji wokalisty początek koncertu opóźnił się o ponad godzinę. W trakcie koncertu w charakterystyczny dla siebie sposób Morrison zaczął opisywać to, co stało się w garderobie, śpiewając o „małym niebieskim mężczyźnie”. Mundurowi zaczęli otaczać scenę, aż w końcu Jim został ściągnięty z niej siłą i aresztowany. Wywołało to oburzenie wśród publiczności, która wszczęła zamieszki. Po kilku tygodniach postępowanie zostało umorzone ze względu na brak dowodów.

Do równie ciekawego ekscesu doszło w Miami w marcu 1969. Dzień przed koncertem Jim nawalił się do tego stopnia, że spóźnił się na samolot. Koniec końców udało mu się dotrzeć, ale przetrzeźwieć nie zdążył. Występ zaczął się z godzinnym opóźnieniem. W czasie trwania koncertu Morrison zdążył: zwyzywać publiczność od bandy idiotów, zdjąć kapelusz policjantowi z głowy i rzucić go w tłum (policjant zrewanżował się tym samym), rozebrać się od pasa w górę (po tym, jak został oblany szampanem przez fana). Gdy publiczność zaczęła się rozbierać wraz z nim, zaczął majstrować przy swoim rozporku. Kilka dni po koncercie Morrison otrzymał zarzuty eksponowania przyrodzenia oraz symulowania seksu oralnego z Robbym będąc na scenie. Miał za to trafić na pół roku do więzienia o zaostrzonym rygorze, ale jakoś się tak szczęśliwie złożyło, że nie oglądał świata w kratkę. Sprawa toczyła się aż do jego śmierci.

Dość interesujące zajście miało miejsce w grudniu 1970 w Nowym Orleanie. Jim rozpieprzył mikrofonem podest, po czym odmówił dalszej części występu – tak zakończył się ostatni koncert Doorsów. Przedwcześnie, jak życie Morrisona.

Miało być tylko o Doorsach, ale początek wiosny (tej w koncertowym kalendarzu) skorygował moje plany. Rzecz, o której będzie mowa wydarzyła się w niedzielny, styczniowy wieczór. Miejsce znane wszystkim koncertowym maniakom w Małopolsce – klub „Kwadrat”. Główną gwiazdą wieczoru byli współtwórcy jednej z dwóch największych rewolucji w muzyce – londyńscy punkowcy z UK Subs. Na scenie pojawili się również: były lider zespołu The Adverts, TV Smith, oraz dwie rodzime ekipy: Bunkier oraz iD. O tych drugich nie będę się rozpisywać – nie byli ani odkrywczy, ani interesujący, nie zapamiętałem ani fragmentu tekstu ich autorstwa. Ot, wyszli, pobrzdękali, zeszli. Co do Bunkra – no, tu już była konkretnie zawieszona poprzeczka. Bardzo mocny przekaz („zabijanie jest złe, cokolwiek sobie myślicie”, „faszyzm nie jest rozwiązaniem”), ciekawy sposób na występ (brak jakiejkolwiek setlisty, niedostrajanie gitar w trakcie koncertu – „jebać nutki, ćwierćnutki – jeśli są tu jacyś fani filharmonii, to przepraszam”), charyzmatyczny wokalista („odmówiłem służby wojskowej – stwierdziłem, że nie będę nawet gotował mordercom”). Granie może nie rewolucyjne, ale solidne (szczególnie perkusista na duży plus). UK Subs pokazało się z dobrej strony – Charlie Harper pomimo siedemdziesięciu dwóch lat na karku jeszcze może sporo wyśpiewać. Ogólnie zachowywał się z dużą klasą – normalnie podszedł do baru, wypił browara, porozmawiał z fanami, podpisał parę koszulek… Szacunek. A utwory takie jak „Warhead”, „Emotional blackmail”, „Down on the farm”, czy „Riot” w ogóle się nie zestarzały, wciąż niosą ze sobą moc. Na koniec - TV Smith. Kolejność odwrócona specjalnie, bo ten występ utkwił mi najmocniej z całego wieczoru. No bo jak to się dzieje, że wychodzi sześćdziesięcioletni facet z gitarą na scenę sam i porusza cię do głębi („Generation Y”)? Smith jest bardzo jaskrawym dowodem na to, że nie trzeba obstawiać się milionem instrumentów (choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest o to ciężko będąc solistą), by zyskać wspaniały odbiór. Nadmienię jeszcze, że doczekałem się wykonania „Pushed again” z repertuaru Die Toten Hosen. Może jeszcze uda się doczekać występu DTH w Polsce, albo i w Krakowie? Pana Smitha też bym chętnie wysłuchał raz jeszcze. Kawał artysty. Jeśli chodzi o otoczkę: bardzo miło było spotkać i zamienić kilka słów z G., bardzo niemiło było widzieć W., który jak zwykle prowokował i był naćpany (w końcu ktoś się wkurwił i zaczął go dusić), niemiłym zaskoczeniem była słaba frekwencja (choć dla bardziej „aktywnych” uczestników koncertu było to raczej plusem, wszak mieli więcej miejsca na pogowanie).

 

OGŁOSZENIA:

1.       Parę rzeczy udało się zrealizować, a parę nie. Nie dotarłem na Green Day, ani na Bzyka. Natomiast udało się nabyć bilety na Vavamuffin i KATa. Dwa do dwóch na chwilę obecną. Na tą chwilę marzec ma wiele znaków zapytania – Coma? Dżem? Voo Voo? Happysad? Wszystko możliwe, zobaczy się bliżej końca miesiąca. Z marzeń o płytach odpada „Automatic for the people” i „Ride the lightning”, obie są od niedawna moje, choć „Automatic…” jeszcze nie otwarta.

2.       Dość smutna wiadomość jest taka, że grupa Black Sabbath w sobotę w rodzinnym Birmingham zagra ostatni koncert w karierze. Chyba że zrobią jak Scorpionsi trasę pożegnalną a potem wrócą, to byłoby cudnie. Dobrze, że Ozzy solo jeszcze będzie koncertować, może uda się zobaczyć choć jednego giganta… Szacunek za te kilkadziesiąt lat na scenie (i za wymyślenie heavy metalu!) się bezsprzecznie należy.

3.       Ogłoszone zostały dwie mniejsze gwiazdy Impact Festival 2017 (support przed Systemem) – Red Sun Rising oraz Royal Republic. Nic kompletnie mi to nie mówi. Wniosek? Trzeba się doszkolić! Czekam na kolejne gwiazdy, te mniejsze i te większe.

4.       Na sam koniec chciałbym serdecznie polecić dwie rzeczy: koncert „Live at the Hollywood Bowl ‘68” oraz film w reżyserii Oliviera Stone’a zatytułowany po prostu „The Doors”. Bardzo dobry obraz (choć Ray miał inne nieco zdanie), pokazuje i wyjaśnia wiele. Koncert również przedni.

 

 

Ostatnimi czasy zasłuchałem się w R.E.M., jest dobry materiał… Aczkolwiek nie obiecuję, że następna podróż będzie związana z nimi.

kilkaslowomuzyce : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
262728293012
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31123456

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

ja-to-wiem | gorzel | mietiazac | skelaxinkpo | zarabianieonline | Mailing