Najnowsze Wpisy

#15 - Wiosna, ach to Ty! Komentarze (0)
14. stycznia 2018 22:42:00
linkologia.pl spis.pl

   Powitać pragnę znów. Odcinek będzie dziś o charakterze specjalnym, taki w starym stylu. Doszedłem ostatnio do wniosku, że trochę się gubię w swoich własnych planach na wiosnę 2018 „i tylko już nie ma tego, który by to dobrze spisał”, więc wypada spisać, bo co prawda krakowskiej wiosny z krakowską jesienią porównywać nie można (z tego powodu że przepaść na korzyść jesieni jest zwyczajnie zbyt duża), jednakże nudą wiać nie będzie. Zapraszam na przegląd najbardziej znaczących wydarzeń w pierwszej części roku 2018 w „dawnej stolicy Polaków”.

 

TSA, Corruption, 4 Szmery (19 stycznia, Kwadrat) – w rozmowie z N. stwierdziłem, że to raczej z sentymentu i braku laku, zdanie to podtrzymuję. Niemniej, starych mistrzów szanować trzeba i tego się trzymajmy. Statystycznie będzie to moja czwarta wizyta na koncercie TSA. Do tego Corruption – ciekawi dla mnie o tyle, że jest to macierzysta formacja Bobby’ego z Acid Drinkers, więc coś chłopaki potrafić muszą. Na całe szczęście to już niedługo!

 

Kazik i Kwartet ProForma (1 lutego, Żaczek) – na obecną chwilę Kazik bez Kultu przekonuje mnie bardziej niż Kult z Kazikiem (polecam szczególnie polską wersję piosenki Nicka Cave’a „The mercy seat”, czyli po naszemu „Krzesło łaski”). Koncert ma cel charytatywny, więc tym bardziej warto. Raz już Kazia z Kwartetem widziałem, więc zaskoczenia wielkiego nie będzie. Będzie za to dużo liryczniej niż na Kulcie, wiele nieco przykurzonych numerów z solowej twórczości Staszewskiego juniora. Polecam gorąco!

 

Wilki (9 lutego, kino Kijów) – temu wydarzeniu pikanterii dodają trzy kwestie. Pierwsza to miejsce, bardzo klmatyczne. Druga to taka, że po prawie dziewięciu (!) latach od odkrycia kasety „Wilki” będę miał przyjemność podziwiać Zespół dopiero po raz pierwszy. No a trzecia to typ koncertu – Wilkom będzie towarzyszyła orkiestra symfoniczna (a przyznać muszę że okrutnie dawno nie widziałem koncertu symfonicznego, chyba z półtora roku). Nieco obawiam się czy Panowie podołają wyzwaniu, mam jednak nadzieję że nie pozostawią mi złudzeń czy warto było.

 

Urszula (24 lutego, Kwadrat) – w przypadku Urszuli również będzie to mój debiut. I szczerze mówiąc parę razy zastanawiałem się po co ja właściwie kupiłem ten bilet. Czymś się kierować musiałem. W zasadzie chyba wystarczy jak wykrzyczę „Konika na biegunach”, nie?

 

Big Cyc, Kobranocka, Sztywny Pal Azji, Jary OZ, Czarno-Czarni (3 marca, teatr Łaźnia Nowa) – na przełomie lutego i marca już po raz trzeci Galicja Productions organizuje spory spęd zespołów nieco przykurzonych przez historię. Pierwsze tego typu wydarzenie zebrało tylu chętnych, że bilety zdążyły się wyprzedać na długo przed koncertem. Postanowiono więc że kapele zagrają jeszcze raz dnia następnego. I ten koncert też się wyprzedał! Tego typu halowe masówki grane były też w Katowicach i Gdańsku. Plusem trzeciej edycji jest brak zespołu jednego przeboju o nazwie Róże Europy, jak również wrzucenie do zestawu aż trzech nowych bandów. Czarno-Czarnych i Big Cyca jeszcze nie widziałem, ale zanosi się na rozpierdol łącznie przez jakieś siedem godzin i bardzo się z tego cieszę.

 

Fisz Emade Tworzywo (11 marca, Studio) – jeden z dwóch koncertów, który swoją tematyką odbiega od typowego rock’n’rolla. Mój człowiek, D. powiedział po grudniowym koncercie Tworzywa że widział właśnie najlepszy koncert w życiu. Młodzi Waglewscy robią naprawdę ciekawą muzykę, choć jakoś gdy jest w tym więcej rapu (głównie w starszych piosenkach typu „Polepiony”) słucha się Tworzywa przyjemniej, niemniej nowsza odsłona również trzyma poziom.

 

Lao Che (17 marca, Studio) – najsmutniejsza wiadomość jesieni 2017 była taka, że płocczanie nie wpadli do Krakowa. Mieli oni swoje powody, albowiem tworzyli oni swój siódmy krążek (przypominam, premiera już 16 lutego!). Być może właśnie siedemnastego marca rozstrzygnie się konkurs na najlepszy koncert wiosny 2018, nie byłbym wcale zaskoczony.

 

Dezerter, Siksa (7 kwietnia, Kwadrat) – być może gdy napiszę, że koncert Dezertera marzył mi się od lutego 2009 to będzie w tym trochę przesady, niemniej gdzieś z tyłu głowy zawsze ten pomysł był. Mam tylko cichą nadzieję, że nie zabraknie utworów z mojej ulubionej „Kolaboracji II”, jednej z najlepszych punkowych płyt po polsku. Co do suportu ludzie różnie mówią – jedni że to chodząca kontrowersja, drudzy że nowatorstwo. Patrząc na skład (damski wokal + gitara basowa), to nowatorstwa tam z pewnością nie brakuje. A czy będzie skandal to się zobaczy.

 

Kult (15 kwietnia, Studio) – eksperta od skandali można będzie zobaczyć za to nieco ponad tydzień później. Z pełną świadomością w październiku odpuściłem Kult ze względu na przesyt tymże zespołem, pytanie tylko czy Kazik i spółka sprawią, że zakocham się na nowo? Dżem niestety w tej materii nie dał rady – Kult ma o tyle ułatwione zadanie, że koncert jest akustyczny i w związku z tym będzie on inny niż zwykle.

 

Ozzy Osbourne, Bullet For My Valentine, Galactic Empire (26 czerwca, Tauron Arena) – Księcia Ciemności specjalnie opisywać nie trzeba. Człowiek, który stworzył heavy metal na dobry początek lata zagra w ramach szóstej (chyba) edycji Impact Festival. Miło że ten festiwal po raz drugi z rzędu zagości w Krakowie. Obok Ozzy’ego grajki z Walii – Bullet For My Valentine mieli wystąpić we Wrocławiu obok Rammsteina i Limp Bizkit, niestety przegrali z pogodą w Japonii. Także również miło. Do kompletu Galactic Empire – goście, którzy motywy z Gwiezdnych Wojen przerabiają na gitarowe granie w metalowym stylu. Ukłony za pomysł, ciekaw jestem wykonania.

 

Deep Purple (1 lipca, Tauron Arena) – kolejny z naprawdę wielkich zespołów, który odwiedzi nadwiślańską krainę. To chyba będzie jedna z ostatnich szans, żeby ich zobaczyć na żywo, obecna trasa nosi nazwę „The long goodbye tour”. Więcej w zasadzie mówić nie trzeba, bowiem „Smoke on the water”, „Child in time”, „Perfect strangers” czy „When a blind man cries” mówią same za siebie.

 

Poniżej pozycje, które jeszcze rozważam. Przyznacie, że gdyby to wszystko wypaliło, marzec byłby naprawdę świetny?

 

Raz Dwa Trzy (4 marca, Nowohuckie Centrum Kultury) – tylko i wyłącznie koncert ten znajduje się w kategorii „rozważam”, ponieważ jest szansa, że wejdę na niego za darmo. Panowie zapełnili salę w październiku koncertem pamięci Wojciecha Młynarskiego w Studiu, teraz spróbują zrobić to samo w trochę większej sali. I o ile wiem są na dobrej drodze, żeby tego dokonać. Twórczość Pana Młynarskiego broni się świetnie, więc nic dziwnego że będzie to kolejny występ z jego piosenkami w roli głównej.

 

Farben Lehre, Gutek, The Analogs (22 marca, Forty Kleparz) – od ponad czterdziestu lat punk stoi tuż obok reggae, nic więc dziwnego że przedstawiciele obu tych gatunków łączą siły i wystąpią na jednej scenie. Jedynym zaskoczeniem z zestawu byłoby Farben Lehre, ponieważ pozostałych artystów już zdążyłem zobaczyć (i trzeba powiedzieć że grają naprawdę dobrze). Czy się uda – czas pokaże. Poczekać należy na pełną rozpiskę wiosenną od Fortów, ze dwie pozycje powinny być godne uwagi.

 

Blood Brothers, Alcoholica, 4 Szmery, Event Urizen, Death Revival (24 marca, Kwadrat) – coś nowego na mapie, choć raz już tego typu impreza się odbyła, z tym że w Katowicach. Ta masówka odbywa się pod nazwą „Tribute Night”, choć zespoły Alcoholica i Event Urizen mają w repertuarze również swoje kompozycje. Wśród zespołów które są coverowane znajdziemy między innymi Metallicę, Iron Maiden, ACDC czy Death. Brzmi zachęcająco.

 

Nie będę składać deklaracji kiedy odezwę się znów. Powiem tylko, że odcinek będzie dotyczył polskiej kapeli. Dziękuję.

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

   Z nowym rokiem mocnym krokiem! Witam Państwa uprzejmie. Dawnośmy nie byli za Wielką Wodą, tak więc przenieśmy się do słonecznej Californii. Wbrew pozorom, bohaterami dzisiejszego odcinka nie będą Red Hot Chili Peppers (i podejrzewam, że raczej prędko nimi nie zostaną), choć jedno podobieństwo jest – muzyków również jest czterech… Ciężko policzyć, do której z kolei fali metalu można zaliczyć System of a Down, ale w tym wypadku nie jest to szczególnie istotne. Stan rzeczy najlepiej oddadzą słowa Shavo Odadjiana, basisty Zespołu: „my to my, a oni to oni”.

 

ARE YOU READY FOR SOME MORE SYSTEM OF A DOWN ROCK’N’ROLL MUSIC?

 – typowe zapytanie gitarzysty Systemu przed bisem

 

Początki jak to początki: roszady w składzie (a konkretnie za perkusją), zmiana nazwy (wcześniej znani jako Soil), tego typu historie. Jeden z pomysłów na nazwę brzmiał „Victims of a down”, jednakże grupa doszła do wniosku, że chciałaby być alfabetycznie bliżej swoich idoli – zespołu Slayer. W latach 1994-1997 kapela nagrywała różne demówki, zainteresowanie ze strony możnych tego świata pojawiło się za czwartym razem. Wtedy to można było zacząć myśleć szerzej – pojawił się kontrakt z wytwórnią. No a potem kulig ruszył z kopyta…

 

Debiut (a jakże, zatytułowany tak jak Zespół!) miał miejsce niecałe dwadzieścia lat temu, pod koniec czerwca 1998 roku. Osobiście uważam, że zaczęli analogicznie do Rammsteina – takiego wysokiego C nie powstydziliby się Pavarotti z Bocellim. Podkreślić należy wybór utworów na single – „Sugar” i „Spiders” zdecydowanie wyróżniają się na tej płycie. Pierwszy z nich zaczyna się mocno, by w połowie zwolnić, a chwilę później móc wykrzyczeć „’cause everyone needs a motherfucker!”, akcentując pół ostatniego słowa. Drugi z kolei odstaje od ogółu stylistyki, jest dość delikatną (jak na standardy wyznaczane przez System) balladą. Z kategorii „osobisty faworyt, o którym trzeba słówko” – „War?”. Pierwszy typowo antywojenny numer SOAD, z przeszywającym riffem Darona Malakiana, poezja. Chłopcy z Armenii (a właściwie z ormiańskimi korzeniami) odnieśli spory sukces – dość powiedzieć, że mieli okazję wystąpić przed Slayerem i Metallicą na autorskim festiwalu Ozzy’ego Osbourne’a. Nieźle, nie? Udało im się też odwiedzić wschód Europy i kraj nad Wisłą – wystąpili w katowickim Spodku. Przed nimi legenda ciężkiego grania z Polski – Vader. Po nich – wspominany wyżej Slayer. Fanom delikatnie mówiąc nie przypadli do gustu – w trakcie koncertu odbywał się konkurs rzutów do celu czym popadnie. Występ został przerwany, a po tym incydencie System do Polski wrócił dopiero piętnaście lat później.

 

Pierwszy krążek odniósł umiarkowany sukces. Jego następca – „Toxicity” – rozsławił kapelę w każdym zakątku świata. Przedpremierowo SOAD miał wystąpić trzeciego września 2001 w Hollywood, grając po raz pierwszy materiał z drugiej płyty. Miał, ponieważ z racji tego iż pojawiło się trzy razy więcej ludzi niż się tego pierwotnie spodziewano, występ został anulowany. Z tym, że nikt nikogo o tym nie poinformował. W momencie, gdy techniczni zaczęli ściągać szyld z nazwą Zespołu wybuchły zamieszki, które trwały przez sześć godzin. Pierwszemu singlowi z płyty (którym było „Chop suey!”) towarzyszyły spore kontrowersje. Po atakach z dnia jedenastego września 2001 roku w Stanach powstało coś na kształt „listy zakazanych piosenek”, które z powodu różnorakich nawiązań przestały być emitowane w ponad stu dwudziestu rozgłośniach na terenie całego kraju. Na cenzurowanym znalazło się między innymi „Chop suey!”. Ucierpiało na tym wielu artystów – wystarczy wspomnieć, że z radia znikły wszystkie utwory Rage Against The Machine, jak również takie klasyki jak „Highway to hell” ACDC, „Hey Joe” Jimiego Hendrixa, „Jump” Van Halena, „Enter sandman” Metallici, „Under the bridge” Red Hot Chili Peppers, czy „Knockin’ on heaven’s door” Boba Dylana. Jednakże nawet takie przeszkody nie były Systemowi straszne, ilość egzemplarzy „Toxicity” liczona była w milionach. Poruszony został problem przeludnionych więzień („Prison song”), mowa była też o środowisku („A.T.W.A.”), protestach społecznych („Deer dance”), natrętnych fankach („Psycho”), narkotykach (tak naprawdę tego dotyczy „Chop suey!”), i seksie grupowym („Bounce”). Ze względu na niesamowity refren i wejście perkusji z tej płyty wyróżnić chcę numer „Forest”. Podczas trasy na koncercie w Michigan Shavo Odadjian został zaatakowany przez ochroniarzy na tle rasowym, zajście to miało swój finał przed sądem. System dzielił wtedy scenę między innymi z Rammsteinem i Slipknotem.

 

Z myślą o „Toxicity” zostało nagranych około trzydziestu utworów. Jako, że zmieściło się ich finalnie tylko czternaście, SOAD pracował już nad trzecim albumem. Gdy prace były już w dość zaawansowanym stadium (trzy czwarte utworów udało się zarejestrować), materiał został skradziony. Zespół w związku z tym zdarzeniem zatytułował płytę „Steal this album!”. Brzmieniem bardzo przypominała swoją poprzedniczkę. W tekstach znajdziemy kolejny sprzeciw wobec działań wojennych (tym razem chodzi o drugą amerykańską inwazję na Irak w utworze „Boom!”), inspirację literaturą z czasów wojny w Wietnamie („Fuck the system”), wspomnienie spotkania perkusisty Johna Dolmayana z Davidem Hasselhoffem („I-E-A-I-A-I-O”), coś na kształt listu miłosnego („Roulette”). Z wymienionych wyżej cenię sobie „Roulette” (jest w tym numerze coś wzruszającego, a Systemowi zdarza się uderzać w takie nuty dość rzadko) i „I-E-A-I-A-I-O”, głównie za partię bębnów. Oprócz tego słowa uznania należą się dla: „Mr. Jack” za niepozorny początek przeradzający się w poezję krzyczaną Serja w ostatnich linijkach tekstu oraz „Ego brain” i „Highway song” za piękne melodie i refreny, które można wyśpiewywać i się nie znudzą. No, przynajmniej mnie.

 

W roku 2004 powoli zaczęto tworzyć kolejny premierowy materiał. Koniec końców, w roku następnym wyszło z tego tworzenia coś na kształt „Use your illusion” Guns‘n’Roses – pomysł ten sam, a płyty dwie, z tą różnicą, że wydane w odstępie półrocznym – Gunsi zrobili to za jednym zamachem. Pierwszą częścią cyklu zostało „Mezmerize”, promowane singlem „B.Y.O.B.” (trzecia część pieśni antywojennych). Warstwa tekstowo-wokalna składa się z opisu wzwodu („Cigaro”), ukazania efektów przedawkowania narkotyków („This cocaine makes me feel like I’m on this song”), przedstawienia wydarzeń z imprezy charytatywnej („Old school Hollywood”), czy też opowieści o zgubnym wpływie telewizji, brutalizacji treści pornograficznych i upadku niektórych kobiet („Violent pornography”). Serj i Daron podejmują nawet próby jodłowania w utworze „Radio/Video”.  Kategorię „faworyt” wygrywa bezsprzecznie „Lost in Hollywood” – docenić trzeba fakt, że System mając niewiele ballad w repertuarze robi je znakomicie. Część druga ukazała się światu pod nazwą „Hypnotize”. Z tego krążka dużym hitem stał się utwór „Lonely day”, opisujący strach i samotność. W tekstach przewija się tradycyjnie wojna („Tentative”, „Soldier side”), oraz tematyka masakry ludności cywilnej (o Chinach mówi „Hypnotize”, o Ormianach „Holy mountains”). Dwa słowa jeszcze o „Kill rock’n’roll” – jest to kawałek z jedną z najładniejszych linii melodycznych w dorobku SOAD, ze wszech miar godny polecenia. Muzycy Systemu jako jedni z niewielu (obok The Beatles i Guns’n’Roses) wprowadzili dwa albumy w jednym roku na szczyt amerykańskiej listy sprzedaży.

 

A TOP10 ormiańskiej listy przebojów prezentuje się tak:

10. Ego brain
9. Highway song
8. Violent pornography
7. Sugar
6. Roulette
5. Mr. Jack
4. I-E-A-I-A-I-O
3. Spiders
2. A.T.W.A.
1. Forest

 

Na koniec, podkuszony przez stację STARS.TV poczyniłem kolejne TOP10, tym razem utworów wydanych w latach 90. dwudziestego stulecia. Oto i ono:

 

10. Oasis – DON’T LOOK BACK IN ANGER
Brytyjska muzyka różne rzeczy widziała. Wielką Czwórkę z Liverpoolu, rewolucję punk z 1977 roku, nową falę heavy metalu… Ale byli również w latach dziewięćdziesiątych bracia Gallagher, którzy stanęli w opozycji do amerykańskiego grunge’u i reprezentowali delikatniejszą stronę rock’n’rolla, a co najważniejsze – robili to naprawdę świetnie. Zespół Oasis, będący przedstawicielem nurtu britpop jest jednym z ostatnich ze Zjednoczonego Królestwa, który wpłynął na kształt muzyki rozrywkowej zauważalnym stopniu, a „Don’t look back in anger” to niewątpliwie ich perła w koronie.


9. No Doubt – DON’T SPEAK
W czasach, gdy nad Piłą jeszcze latały samoloty, a rozgłośnie radiowe nie promowały oszustów, za których grają i śpiewają maszyny (czyli w roku 1995), kapela No Doubt za pomocą „Don’t speak” przejęła władzę nad muzycznym światem. Dość powiedzieć, że płyta „Tragic kingdom” z której pochodzi ten hit rozeszła się w szesnastu milionach egzemplarzy, a w samych Stanach pokryła się platyną dziesięć razy.


8. Sinead O’ Connor – NOTHING COMPARES 2U
Pierwsze wzruszenie w tym TOP10. „Minęło siedem godzin i piętnaście dni, odkąd zabrałeś swoją miłość”. Pomimo, że utwór został napisany przez Prince’a, O’Connor swoją interpretacją wyniosła go kilka pięter wyżej, dzięki czemu w różnorakich notowaniach wszechczasów „Nothing compares 2U” plasuje się najwyżej spośród piosenek wykonywanych przez kobiety.


7. Guns and Roses – NOVEMBER RAIN
Axl Rose grający na fortepianie. Slash szalejący podczas gitarowej solówki. Gunsi w niemalże najsilniejszym zestawieniu. To wszystko złożyło się na niesamowitą balladę, której motywem przewodnim jest samobójstwo ukochanej głównego bohatera. Jeden z większych hiciorów roku 1992 pochodzący z jednej z najlepszych płyt dziewiątej dekady dwudziestego wieku – „Use your illusion”.


6. Metallica – NOTHING ELSE MATTERS
W latach dziewięćdziesiątych w muzyce działo się wiele ciekawego. Każdy znalazłby dla siebie coś, również wyznawcy grania spod znaku heavy metal. Głównie dzięki „Czarnemu albumowi” Metallici (choć nie tylko, ponieważ wkład miały w to również takie płyty jak „Vulgar display of power” Pantery czy też „No more tears” Ozzy’ego Osbourne’a) ciężkie granie nie odeszło w zapomnienie. Ci bardziej krytyczni w stosunku do Jamesa Hetfielda mówili, że dopiero na „Czarnym albumie” nauczył się śpiewać, a ortodoksyjni fani zaczęli drwić z Metallici i odwrócili się od niej. Pomimo wszelkich nieprzychylności tak płyta jak i „Nothing else matters” bronią się po latach niesamowicie.


5. The Cranberries – ZOMBIE

4. R.E.M. – LOSING MY RELIGION

Jeśli chodzi o te dwie pozycje, zostały szerzej omówione podczas trwania odcinków siódmego i ośmego, odsyłam, polecam, Krzysztof z Huty.
 

3. Soundgarden – BLACK HOLE SUN
Nie jest dla nikogo tajemnicą, że drugie wcielenie punka znane pod terminem grunge wywołało trzecią i jak na razie ostatnią z wielkich rockowych rewolt. Dlatego też całe podium przeznaczyłem zespołom z miasta Seattle. Brąz dla Soundgarden – i tylko Chrisa, tylko Chrisa, tylko Chrisa żal…


2. Pearl Jam – JEREMY
W melodii nie ma nic wzruszającego. W głosie Eddiego Veddera (przy okazji, może kiedyś cały odcinek dla Pearl Jam?) też nie słychać raczej wzruszeń. Za to wzruszeń dostarcza tekst. W styczniu 1991 roku w stanie Texas nastoletni Jeremy Wade Delle strzelił sobie w głowie na oczach klasy i o tym właśnie jest ten utwór. Piękny bas na początku no i Vedder u szczytu możliwości, czego chcieć więcej?


1. Nirvana – SMELLS LIKE TEEN SPIRIT
Hippisi mieli Hendrixa i Janis. Punkowcy mieli Sida Viciousa i Johnny’ego Ramone. A „pokoleniu X” przewodził Kurt Cobain. Co prawda sam zainteresowany zraził się do własnej piosenki, ponieważ stała się dla niego zbyt popularna (z tego samego powodu niepochlebnie odnosił się do muzyków Pearl Jam, oskarżając ich o komercyjność), ale dzięki tejże popularności jeśli coś za dwieście czy tam więcej lat zostanie z lat dziewięćdziesiątych XX wieku w kulturze masowej, to będzie to właśnie ten konkretny utwór.
 

Dzięki serdeczne i do przeczytania niebawem!

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

   Dzień dobry. W dniu dzisiejszym powstanie tekst o dwóch legendach z jednej rodziny. Ojciec w czasach „czerwonej zarazy” wyemigrował (lub raczej został do tego zmuszony) do Paryża, gdzie tworzył w wolnych chwilach po pracy. Twórczość ta po kilkudziesięciu latach przyniosła znaczną popularność synowi (choć działał on już wcześniej na polskiej scenie, udało mu się osiągnąć znaczny sukces dopiero po tym gdy wziął na warsztat dokonania ojca). O kim ten wstęp? Ano chodzi o rodzinę Staszewskich, naturalnie. Z cyklu „Historia pewnej płyty” na tapetę wjeżdża razem z bramą i framugą płyta „Tata Kazika”, rocznik 1993.

 

W tym miejscu wypada wspomnieć, iż Kult nie jest jedynym (ani pierwszym w Polsce) składem, który zainteresował się piosenkami Pana Stanisława. W gronie tym znajdują się takie osobistości jak Jacek Kaczmarski, Kuba Sienkiewicz (lider Elektrycznych Gitar), czy Zbigniew Zamachowski. Kazik z początku nie mógł się przekonać do sięgnięcia po utwory skomponowane przez tatę, z czasem jednak zmienił stanowisko…

 

…i jak się okazało dobrze na tym wyszedł – aranżacje Kultu na albumie są najwyższej próby. Otwiera go „Celina” – numer zadedykowany Celinie Hiszpańskiej, koleżance Pana Stanisława, w dawnych czasach ponoć wyjątkowo pięknej, ponieważ „tę burzę włosów każdy zna”. Co prawda nie jest to najszybsza kompozycja (trwa niecałe siedem minut), jednakże na koncertach nabiera ona diametralnie innego kształtu i można się przy „Celinie” nieźle wyskakać. Numer dwa na liście nosi tytuł „Dziewczyna się bała pogrzebów”. I dam się pokroić, jeśli się dowiem w którym polskim filmie został ten utwór wykorzystany – był to dość poruszający fragment, a śpiewała mała dziewczynka stojąca na ulicy. Historia opisana w tekście nie ma happy endu – dziewczyna, która bała się idących pogrzebowych orszaków umiera. Stanisław Staszewski ze swojego dorobku cenił najbardziej właśnie „Dziewczynę…”, jednakże należne miejsce w historii polskiej muzyki zyskał dzięki „Barankowi”. Jak wszyscy wiemy, refren został zapożyczony z twórczości Wieszcza Narodowego, lecz nie każdy wie, że bohaterka tekstu „Baranka” jest postacią autentyczną – aktualnie mieszka w Grecji. Charakterystyczną rzeczą w „Baranku” jest kontrast między zwrotkami a refrenem. Zwrotki są bardzo dynamiczne, refren natomiast jest dosyć stonowany. Kolejnym „dynamitem” w zestawie jest „Notoryczna narzeczona” – klasyczny opis klasycznej balangi w paryskim okresie Pana Stanisława. Dziewczyna, która „pijąc śmieje się do łez”, takie klimaty. W tym miejscu zaznaczę, że wyjątkowo nie będzie słowa o faworytach, ponieważ musiałbym opisać w ten sposób każdą z pozycji. Numer pięć w trackliście przypada w udziale „Królowej życia”. Ten rodzaj tekstu będący przypowieścią o wzlocie i upadku przypomina mi osobiście „Pawia” Dżemu z tą różnicą, że w przypadku „Królowej…” jest jeszcze Król, a u Ryśka bohater jest tylko jeden. Pierwszą stronę kasety (po raz kolejny ukłony dla Taty!) zamykają „Inżynierowie z Petrobudowy” – opis realiów budowy płockich zakładów „Petrochemia” w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Swego czasu w okolicach tychże zakładów po końcu zmiany rozkwitało życie towarzysko-kulturalne (w czym czynny udział miał Pan Stanisław), co uwiecznione zostało słowami „kładziemy lachę, niech brzękną szkła”.

 

Druga strona albumu została rozpoczęta kompozycją „Knajpa morderców”. Tytułowi „mordercy” to weterani wojenni z ramienia Armii Krajowej – w tym miejscu nadmienić trzeba iż Pan Stanisław był więźniem Pawiaka w czasach wojny. Trudności związane z powrotem do codziennego życia dla żołnierzy nie należą do przypadków rzadkich, ten problem właśnie jest poruszany w „Knajpie…”. Ósmy numer to „W czarnej urnie”, chyba najsmutniejszy z całego zbioru (choć „chichotliwych klimatów” tutaj w zasadzie nie ma, podejrzewam że właśnie dlatego to jedna z moich ulubionych płyt). Nawiązując do słów Pablopavo „piosenki dzielą się na dwie kategorie: te o miłości i te o śmierci”, w tym wypadku Pan Stanisław zgarnął pełną pulę, robiąc dwa w jednym. Inspiracją z poezji polskiej w twórczości Staszewskiego seniora był również Konstanty Ildefons Gałczyński – jego wiersz „Wróci wiosna, baronowo” został poddany przepięknej interpretacji oraz okraszony wspaniałą muzyką. „Marianna” z kolei została napisana już po tym jak Pan Stanisław wyemigrował do Paryża. Opowiada o młodej dziewczynie zafascynowanej komunizmem, której „jutro rano trzydziestka stuknie”. Przedostatni utwór – „Kurwy wędrowniczki” – charakteryzuje się spośród pozostałych najbardziej skoczną melodią, co skutkuje częstym (oraz sporych rozmiarów) pogo w trakcie koncertów. Stawkę zamyka „Bal kreślarzy” – opisujący życie kulturalne Paryża początku lat siedemdziesiątych. Wyżej wspomniany bal przeradza się w „drakę w sali”. Dlaczego, ktoś spyta? Odpowiedź nie jest skomplikowana, bo „któż umie tak jak Polak (…) o słowo jedno zaraz w mordę bić”? Jednakże z tekstu można wynieść jeszcze jedną naukę, bo „z wielu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle”. I tego się trzymajmy, wszak mylić się jest rzeczą ludzką. W wersji kompaktowej dołączono ciekawy smakołyk – Kazik bowiem w utworze „Dyplomata” śpiewa po rosyjsku. Jest to pieśń pochodząca z sowieckich łagrów, a mówi ona o tym, w jaki sposób pewien błyskotliwy dyplomata reprezentował Związek Radziecki w rozmowach z „państwami osi”. Z przymrużeniem oka, oczywiście.

 

- album „Tata Kazika” doczekał się sequelu w roku 1996 („Tata 2”).
- Pan Stanisław przewidział, że ktoś odkryje jego kompozycje i „dorobi do nich korbę do wyciskania szmalcu” (taki zapis znalazł się na jedynej kasecie z jego nagraniami).

 

OGŁOSZENIA:

Tym razem krócej niż zwykle. Bardzo mi smutno z tego powodu, że co rusz muszę pisać o kimś kto Nas opuścił. Trzynastego grudnia zmarło się Yachowi Paszkiewiczowi, zwany był on również „ojcem polskiego wideoklipu”. Współpracował z Kultem, Hey, Big Cycem, Budką Suflera, Apteką czy Wojciechem Waglewskim. Pozytywną wieścią jest informacja, iż dane mi będzie zobaczyć jednego z Mistrzów. Książę Ciemności, znany również jako Ozzy Osbourne będzie rozpoczynał koncertowe lato w mieście nad Wisłą. Jedynym co pozostaje to czekać – jeszcze tylko pół roku! Chwila czekania przede mną na dwa plebiscyty: w piątek rozstrzygnie się jaki rockowy numer został „numerem wszechczasów” (na antenie Rock Radia), w Nowy Rok zaś, zgodnie z tradycją, punktualnie pięć po dziewiątej (najprawdopodobniej) wystartuje dwudziesta czwarta edycja Topu Wszechczasów (na antenie Programu III Polskiego Radia).

 

Kłaniam się nisko.

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

   Witam pięknie zgromadzonych. W tym momencie chciałbym nieco odwrócić tendencję i wrócić do brzmień delikatniejszych, choć w żadnym wypadku nie delikatnych. Chciałbym również parę słów o pewnej płycie skrobnąć.

 

„Chciałem stworzyć płytę dla słuchaczy zimnej fali, tymczasem kupili ją trzynastolatkowie” – Robert Gawliński

 

Płytowy debiut grupy Wilki pod tym samym tytułem przypadł na majowy czas 1992 roku. Już pierwszy utwór uzmysławia, że Gawliński i spółka chcą trafić do słuchaczy cold wave’u. „Eroll” wyróżnia się bardzo mrocznym klimatem na tle i tak dość mrocznej płyty. Pomimo swojej akomercyjności numer ten spędził pięć miesięcy na liście przebojów w Programie III. W drugim kawałku Robert zaczyna śpiewać po… dwóch minutach od pierwszych dźwięków gitary. „Nic zamieszkują demony” zostało wybrane na pierwszy singel promujący płytę – gdyby stało się to w dzisiejszych czasach, z pewnością Zespół nie osiągnąłby takiego rozgłosu. Trzecia kompozycja zamieszczona na „Wilkach” stała się największym hitem w historii grupy. Szczególną uwagę zwrócić należy na gitarowe solo Macieja Gładysza (współpraca między innymi z zespołem Piersi, Edytą Bartosiewicz, Budką Suflera czy Sewerynem Krajewskim). „Son of the blue sky” przez miesiąc utrzymywało się na szczycie Listy Przebojów Programu Trzeciego.  Jest to specjalna dedykacja dla zmarłego Adama Żwirskiego – pierwszego basisty Zespołu. Teledysk do „Son of the blue sky” zagościł w angielskiej MTV, choć Wilki nie doczekały się międzynarodowego sukcesu (swoją drogą jedną z największych zagadek wszechświata pozostanie fakt, iż żadna polska kapela w dziejach nie została światową gwiazdą). Kolejny numer zatytułowany „Amiranda” charakteryzuje się niesamowitą energią w warstwie instrumentalnej. Jeśli chodzi tekst „Amirandy”, zawsze intrygował mnie wers „będziemy kochali się jak bezdomni Cyganie” – do dziś głowię się co Gawliński chciał przekazać słuchaczom. „Rachela” znajdująca się bezpośrednio po „Amirandzie” przenosi nas w łagodniejsze klimaty, choć element drapieżności jest wyraźnie słyszalny pod koniec utworu. Za ostatni utwór z pierwszej strony kasety (tak, były kiedyś takie nośniki, a Tata miał sporą ich kolekcję) należy się muzyczny Nobel saksofoniście Mariuszowi Mielczarkowi (który udzielał się między innymi w projekcie Anity Lipnickiej i Johna Portera oraz w grupie Pod Budą). Bez tego instrumentu wartość „Beniamina” (pierwszy z dwóch utworów poświęconych synom Roberta, rok później na płycie „Przedmieścia” ukazała się „Ballada Emanuel”) spadłaby kilka pięter w dół. Zaraz obok „Eroll” mój największy faworyt z tego krążka.

 

Otwierająca drugą część „Glorya” pod względem zawartości jest bliźniaczo podobna do „Amirandy”. Poziom energii jest na tyle wysoki, żeby zapewnić dostawy prądu w kilku miastach. Tekst może nie jest wybitny, jednakże dobrze obrazuje kierowanie się wyłącznie argumentem siły. Ósmy w kolejności „Aborygen” stał się kolejnym po „Son of the blue sky” wielkim hitem z płyty „Wilki”. Jest to druga i ostatnia piosenka z omawianego dzisiaj albumu, która uplasowała się na pierwszym miejscu Trójkowej listy przebojów. „Aborygen” jednakże zyskał innego rodzaju popularność – w latach 90. dwudziestego stulecia był on grywany w klubach przeznaczonych dla osób o orientacji homoseksualnej (prawdopodobnie z powodu nadinterpretacji wersu „niech to, co inne zostanie pokochane”). Riff gitary akustycznej odróżnia „Aborygena” od pozostałych kompozycji, nie tylko „wilkowych”.  Ostatni numer z kategorii „wielki hit” to „Eli lama sabachtani”. Tekst może nie należy do takich, za które wręcza się Nagrodę Nobla (tekstem podobnego typu charakteryzuje się „Glorya”), lecz w tym konkretnym przypadku głos Roberta robi różnicę, nadając utworowi wyjątkowości. Ostatnie dwie pozycje z albumu („Z ulicy Kamiennej” i „Uayo”) spinają jedną klamrą chórki w wykonaniu Anji Orthodox, wokalistki Closterkeller. W pierwszym z wymienionych numerów na pierwszy plan wysuwają się instrumenty perkusyjne, w drugim zaś wyszeptywanie (choć może bardziej wypada napisać cicho śpiewane, ale ze zdartej kasety każdorazowo brzmiało to jak szept) zwrotek przez Roberta.

 

I tak oto dobrnęliśmy do szczęśliwego końca. Jednakże przemyśleń wszelakich nie koniec to. Koniec roku się zbliża – jak powszechnie wiadomo jest to czas różnorakich podsumowań. Po raz dwudziesty czwarty na antenie radiowej Trójki będzie można wysłuchać najznamienitszego podsumowania wszechczasów. Jak co roku, kiedy to zima zaskakuje kierowców w kraju nad Wisłą a pod każdą szerokością geograficzną wybrzmiewa świętej pamięci George Michael, ja wspaniałomyślnie dumam nad setką topowych utworów. Poniżej zaprezentuję kilka osobistych wspomnień dotyczących niektórych z nich:

 

77. ABBA – MONEY, MONEY, MONEY
Będąc licealistą za kolegę z ławki miałem niejakiego S. (który był na tyle w porządku, iż otworzył mi horyzonty na System Of A Down). Z człowiekiem tym nieustannie na lekcjach języka ojczystego wygłupialiśmy się parodiując dwie Szwedki.


62. Creedence Clearwater Revival – PROUD MARY
Pierwsze skojarzenie jakie budzi „Proud Mary”? Kabaret Ani Mru Mru. Piosenka o rolniku, który jest sam w dolinie (na znaną melodię CCR) symbolizowała piękne czasy, kiedy to polska scena kabaretowa jeszcze kogoś (a nawet wielu) śmieszyła.


59. Gary Moore – STILL GOT THE BLUES
Nie mogę określić się jako fan tego artysty. Nie mogę powiedzieć nawet, że kojarzyłem jego twórczość kiedy jeszcze żył. W lutym 2011, gdy Gary Moore zmarł, dzień lub dwa później „Teleexpress” wyemitował o nim materiał, gdzie zamieszczono „Still got the blues” właśnie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć jednak, że miłość od pierwszego usłyszenia istnieje. Telewizjo Polska, stokrotne dzięki!


48. George Michael – JESUS TO A CHILD
Tutaj z kolei serdeczne podziękowania dla Pana Marka Niedźwieckiego. Sytuacja w zasadzie analogiczna jak piętro wyżej, choć na falach radiowych, nie zaś na ekranie telewizora.


42. Alan Parsons Project – DON’T ANSWER ME
Czasami zdarza się tak, że coś się dzieje, acz nie wiadomo dlaczego. Nie wiem do dziś dlaczego ta piosenka przypomniała mi się tuż przed pierwszym dniem pracy w służbie zdrowia, ale towarzyszy mi już od roku. I dobrze mi z tym.


30. Pearl Jam – CRAZY MARY
Z cyklu: podziękowań ciąg dalszy. Tym razem dla Topu Wszechczasów właśnie. Nigdy nie sądziłem, że znam całą muzykę świata, dlatego też z wielką przyjemnością poznałem tenże utwór. Oryginalne wykonanie Victorii Williams również zasługuje na słowo uznania, a Eddie Vedder wspiął się na wyżyny swojego niekwestionowanego talentu.


18. Leonard Cohen – DANCE ME TO THE END OF LOVE
Z tą piosenką Mistrza bezapelacyjnie kojarzy mi się jej polska wersja śpiewana przez Panią B. w różnych nadmorskich wioskach. Nadal nie wiem czy za polskie słowa odpowiedzialny jest Maciej Zembaty, jednakże „Tańcz mnie po miłości kres” to fantastyczna sprawa.


6. Genesis – HOME BY THE SEA
Antyradio, jak każde szanujące się radio używa tak zwanej autopromocji. W ramach takiej autopromocji różne części różnych utworów zostały umieszczone obok siebie po uprzednim „wycięciu”. Jeden z kawałków charakteryzował bardzo ekspresyjny wokal – jak się później okazało był to głos Phila Collinsa. „Home by the sea” było jedną z niewielu pozytywnych spraw, których udało mi się doświadczyć podczas fizycznej pracy w fabryce.


2. Bruce Springsteen – STREETS OF PHILADELPHIA
Tom Hanks i Antonio Banderas.
Tych dwóch Panów już zawsze będzie mi się kojarzyć ze „Streets of Philadelphia”. Wszystko za sprawą „Filadelfii” – poruszającego filmu, który nie kończy się dobrze.

 

OGŁOSZENIA:

 

A co słychać w wielkim muzycznym świecie? Najpierw informacje smutne. Jako, że rock ma już swoje lata, odchodzą jego wielcy reprezentanci. Niestety coraz częściej. Osiemnastego listopada w wieku lat sześćdziesięciu trzech pożegnał się z fanami Malcolm Young, jeden z założycieli ACDC. Ze spraw koncertowych? Ano świat pędzi tu jak szalony. Zaszczytem było zobaczyć występy takich Artystów jak Robert Brylewski (tym sposobem widziałem już 60% „złotego składu” Armii, z czego się bardzo cieszę), Marcin Świetlicki (wraz z Brylewskim gościnnie na urodzinach T.Love), Renata Przemyk czy Agnieszka Chylińska. Zwłaszcza Panie wykonały swoje zadanie wyśmienicie. W wypadku Przemyk – poznanie pięknego kawałka muzycznego świata, jeśli chodzi o Chylińską – koncert z cyklu „znowu jestem trzynastolatkiem”. Co w przyszłości? Szykuje się letnia inwazja wielkich gwiazd na cesarsko-królewskie miasto nad Wisłą. Ozzy Osbourne, Deep Purple, Pearl Jam, Iron Maiden… do tego na dokładkę Depeche Mode w lutym. Jak mawiał Staszewski Kazimierz „marzenia swoje miej!”, a może i gdzieś się uda zajrzeć. W lutym również odwiedzi Nas zespół Wilki, co również będzie sensacją-rewelacją. Jak sprawa z płytami stoi? No, „Viridian” Closterkellera przełomu nie wywoła. Choć „Kolorowa Magdalena” jest utworem typowo singlowym (czy aby Anja nie pisała o swojej przyjaciółce?), reszta płyty mówiąc żargonowo „nie dojechała”. Albo ja się nie znam, może też tak być. Kortez z płytą „Mój dom” za to znakomity. Polecam każdemu. W ostatnich latach Łukasz na pewno jest największym objawieniem – możliwe, iż jednym z większych w pierwszych siedemnastu latach XXI wieku w Polsce. Ma się rozumieć poza Lao Che, który to sekstet (wspierany przez Karola Golę z Jazzombie) w połowie lutego powróci z nową płytą zatytułowaną „Wiedza o społeczeństwie”. Panowie ruszą też w trasę a zobaczyć ich można będzie w klubie Studio, siedemnastego marca. Ostatnia wzmianka na dzisiaj jest taka że mamy grudzień. Czas podsumowań i takie różne. Rock Radio również podsumowuje – w plebiscycie „Rockowy numer wszechczasów” głosować na można na ten jeden numer, największy Waszym zdaniem w historii rocka. Na całe szczęście zestaw do głosowania jest dość okrojony (około sto trzydzieści pozycji), więc można załatwić sprawę w porywach do dziesięciu minut. W ostatni piątek starego roku zostaną ogłoszone wyniki. Polecam Państwa uwadze.

 

To wszystko na dzień dzisiejszy, dziękuję.

kilkaslowomuzyce : :

linkologia.pl spis.pl

   Witam z powrotem. W klimacie okołometalowym obracam się od wielu lat, więc pozwolę się w nim jeszcze trochę zatrzymać. Tym razem odwiedzę naszych zachodnich sąsiadów, a zespół o którym będzie mowa jest unikatowy na skalę świata. Czy już wiadomo? Ja? Nein? Rammstein!

 

Dawno, dawno temu był taki czas, gdy mówiono: On i niemiecka muzyka? Niemożliwe! Jednakże na początku czasów licealnych nadeszła zmiana. I za tą zmianę należą się podziękowania Pani F. (bo czasami zdarza się tak, że nauczyciel nie jest skończonym chujem). Co prawda z Rammsteinem styczność odbyła się wcześniej (konkretnie w roku 2004), ale to właśnie w sezonie 2012/13 odbywały się pierwsze przymiarki do bliższego zapoznania się z niemiecką sceną muzyczną. Fascynacja rosła i rosła (m.in. Die Toten Hosen i Böhse Onkelz), a jej szczytowy okres przypadł na sierpień zeszłego roku – wtedy to właśnie Rammstein zawitał do Polski, a ja na ich koncert wrocławski.

 

Początki kapeli wywodzącej się z dawnego NRD datuje się na rok 1994. W tym czasie pierwsze kroki w świecie muzyki stawiał Richard Kruspe (gitara), jednakże szukał on nowych rozwiązań. Wraz z Olivierem Riedlem (bas) i Christophem Schneiderem (perkusja) zaczął pracę nad nowym projektem. Kruspe udało się zwerbować do grupy Tilla Lindemanna (wokal), pomimo jego początkowej niechęci do współpracy. W czteroosobowym składzie Zespół wystąpił na berlińskim przeglądzie dla amatorskich kapel, który udało mu się wygrać. Po tym sukcesie skład grupy uzupełnili Paul Landers (gitara) oraz Christian „Flake” Lorenz (klawisze). Jeszcze słówko co do nazewnictwa – nazwa kapeli wywodzi się od miasteczka Ramstein, gdzie miała miejsce w 1988 roku katastrofa lotnicza (stała się ona przewodnim motywem utworu „Rammstein”), a druga litera „m” została użyta w wyniku niewiedzy.

 

Na początku 1995 roku kapela zaczęła przymierzać się do płytowego debiutu. I już pierwszy krążek – zatytułowany „Herzeleid” – wzbudził wiele kontrowersji – zdjęcie muzyków na okładce miało stanowić wzór aryjczyków (pomijając taką oczywistość jak odmienny od pożądanego kolor włosów połowy Zespołu) według nazistowskiej organizacji „Kraft durch Freude”. Całość płyty jeśli chodzi o teksty stanowi album koncepcyjny (za wyjątkiem „Rammstein” i „Laichzeit”, którego tematem jest kazirodztwo), a tematem są problemy miłosne doświadczane przez Zespół. Singlami promującymi stały się „Du riechst so gut” i „Seemann” (przepiękna ballada, podczas wykonywania której na żywo jeden z muzyków wsiada na ponton i jest niesiony na nim przez publikę, zwykle jest to Flake, jeden z moich faworytów w całej twórczości R+). Jeśli chodzi o moich ulubieńców, wskazać muszę „Wollt ihr das Bett in Flammen sehen?” (za ogromną siłę w riffie), „Seemann” z powdów wyżej wymienionych, oraz Laichzeit za nieokiełznane wariactwo Flake’a. Popularność grupy wzrosła znacząco, gdy Trent Reznor, wokalista zespołu Nine Inch Nails postanowił wykorzystać „Heirate mich” i „Rammstein” w filmie „Zagubiona autostrada” w reżyserii Davida Lyncha. „Heirate mich”, wraz z „Wollt ihr das Bett…” użyto też w serialu „Space ghost coast to coast”. Dziesięć lat po wydaniu krążka czasopismo „Rock Hard” umieściło „Herzeleid” na 303. miejscu w rankingu najlepszych rockowych oraz metalowych płyt wszechczasów.

 

Pod koniec 1996 roku muzycy weszli do studia w celu nagrania drugiego albumu. Zwiastunem nadchodzącej płyty stał się singel „Engel”. Sprzedał się on w ponad 250.000. kopii, co pozwoliło mu pokryć się złotem jako pierwszemu w karierze Zespołu. „Sehnsucht” była przełomem w karierze Rammsteina do tego stopnia, że do dzisiaj jest to jedyny niemieckojęzyczny album, który uzyskał status platynowej płyty w USA. Głównym powodem takiego obrotu spraw był utwór „Du hast”, charakteryzujący się humorystyczną zabawą słowem, bowiem sformułowania „Ty masz” i „Ty nienawidzisz” („Du hasst”) brzmią w języku niemieckim identycznie. Refren „Du hast” również ma humorystyczne zabarwienie – na pytanie zawarte w przysiędze małżeńskiej odpowiedź brzmi „nie”. Ciekawostką może być fakt, że na początku polskiego wydania płyty Lindemann wita się z fanami w naszym języku. Promocyjnie również nie było źle – krążek zdobył szczyt notowań w Niemczech w dwa tygodnie, a w trakcie trasy Zespół występował z takimi tuzami jak Limp Bizkit, Korn, Danzig czy Nina Hagen. Klimatem „Sehnsucht” jest mocno zbliżona do „Herzeleid”, również mamy balladę (w tej roli utwór „Klavier”), piorunujący początek („Sehnsucht”), problem kazirodztwa („Tier”), przemocy („Bestrafe mich”), zazdrości („Eifersucht”) i seksualnych perwersji („Küss mich”, „Bück dich”). „Klavier” i „Sehnsucht” zaliczają się do kategorii „moich” kawałków.

 

W końcówce lat dziewięćdziesiątych miały miejsce dwie kontrowersje, które są godne odnotowania i poświęcenia uwagi. W 1998 roku ujrzała światło dzienne nowa wersja kompozycji „Stripped” (za jej oryginał odpowiada Depeche Mode). Jednakże, w związku z teledyskiem do „Stripped” Zespół został ponownie oskarżony o szerzenie nazistowskiej ideologii, a przyczynkiem do ataku na Rammstein było użycie fragmentów propagandowego filmu dokumentalnego „Olimpiada”, obrazującego letnie igrzyska olimpijskie w Berlinie z 1936 roku. W tym samym roku miała też miejsce ciekawa akcja w Stanach (podczas trasy poświęconej „Sehnsucht” R+ docierają za ocean po raz pierwszy). Po jednym z koncertów Till i Flake zostali aresztowani na dwadzieścia cztery godziny za symulowanie stosunku na oczach publiki.

 

Na początku dwudziestego pierwszego wieku, w 2001 roku swoją premierę miał album „Mutter”, na którym słychać dość wyraźną zmianę stylistyki względem pierwszych dwóch płyt. Bardzo jaskrawym przykładem jest obecność kwartetu smyczkowego w „Mein Herz brennt”. Krążek promowało aż sześć singli („Sonne”, „Links 2-3-4”, „Ich will”, „Mutter” „Feuer frei!”, „Mein Herz brennt“), a jeśli chodzi o tematykę, to też jest dosyć różnorodna. Mamy tam tekst o narkotykach („Adios”), dziecku, które przypadkowo zostało pogrzebane żywcem („Spieluhr”), pedofilii w kościele („Hallelujah”, bonus w wersji japońskiej), perwersji („Rein Raus”), czy poglądach politycznych („Links 2-3-4”). „Links” jest dosadną odpowiedzią kapeli na zarzuty o propagowanie nazizmu, jak się okazało skuteczną – w późniejszych latach takie oskarżenia nie miały miejsca. W rankingu „Rock Hard”, opublikowanym w 2005 roku album „Mutter” zajął 324. miejsce.

 

Rok dwutysięczny czwarty przyniósł ze sobą płytę, której moim skromnym zdaniem nie może się równać żadna inna produkcja Zespołu. Mowa w tym miejscu jest o „Reise, Reise”, dzięki któremu Rammstein stał się największym niemieckojęzycznym zespołem w historii muzyki. Można odnaleźć na nim takie instrumenty jak: obój, mandolina czy akordeon. „Reise, Reise” było promowane przez cztery utwory („Mein Teil” opowiadający historię kanibala z Rothenburga, „Amerika” traktująca o globalizacji i wyśmiewająca zachodnią kulturę, „Ohne dich”, mające pierwotnie pojawić się na „Mutter”, poruszające temat rozstania i „Keine Lust” mówiące o braku motywacji). Odszukać można też inspirację poezją Goethego (adaptacja „Króla Olch” w piosence „Dalai Lama”), zespołem Depeche Mode (który natchnął kapelę przy „Los”), głos kobiecy (Viktoria Fersh z t.A.T.u. udzielająca się w refrenie „Moskau”, śpiewanym częściowo po rosyjsku). Ogólną inspiracją do stworzenia tego dzieła była katastrofa samolotu linii Japan Airlines z roku 1985, która pochłonęła 520 ofiar.

 

Jako, że fani Rammsteina przyjęli „Reise, Reise” bardzo ciepło, Zespół myślał o sequelu. I rok później wymyślił. Pierwotnie tytuł piątej płyty R+ miał brzmieć „Reise, Reise vol. 2”, jednakże tak się nie stało. Pomimo tego, że „Rosenrot” nie jest drugą częścią „Reise, Reise”, znajdują się na nim utwory, które miały zostać dołączone do poprzedniego albumu („Rosenrot”, „Wo bist du?”, „Mann gegen Mann”). Stylistycznie również można zauważyć wiele podobieństw – aranżacje orkiestrowe są na porządku dziennym. Płyta była promowana przez trzy single: „Benzin” (opowieść o osobliwym uzależnieniu), „Rosenrot” (druga i jak dotąd ostatnia inspiracja twórczością Goethego), i „Mann gegen Mann” (rzecz dotycząca homoseksualizmu). Z pozostałych tematów, które omawia „Rosenrot”, wymienić można samobójstwo („Spring”), drugą wojnę w Zatoce Perskiej („Zerstören”, komentarz Flake’a: „George Bush jest jak dziecko, które chce wszystko zniszczyć”), oraz wpływy poezji Fryderyka Schillera („Feuer und Wasser”). „Te quiero, puta!” jest dedykowane meksykańskim (utwór w całości po hiszpańsku), a „Ein Lied” wszystkim fanom kapeli. Jeśli chodzi o moich faworytów, to odnalazłem w „Rosenrot” dla siebie dwie balladowe pozycje. Pierwszą z nich jest „Wo bist du?”, opowiadająca o miłości, rozstaniu i związanej z tym samotności, drugą zaś „Stirb nicht vor mir”, mówiąca w zasadzie o tym samym, lecz połowicznie po angielsku, co jest zasługą Sharleen Spiteri ze szkockiej grupy Texas.

 

Na następcę „Rosenrot” przyszło fanom brutalnego grania w brutalnym języku czekać cztery lata. W 2009 roku światło dzienne ujrzał album „Liebe ist für alle da”. Płyta okazała się być najbardziej kontrowersyjną w dotychczasowym dorobku grupy – do tego stopnia, że niemiecka organizacja rządowa wpisała ją na listę materiałów nieodpowiednich dla nieletnich, z kolei teledyski do singlów „Pussy” (który stał się krótkim filmem pornograficznym) i „Ich tu dir weh” (gdzie wiele scen zostało poświęcone sadomasochizmowi) zostały umieszczone wyłącznie na portalach dla dorosłych. W warstwie instrumentalnej materiał jest cięższy niż na dwóch poprzednich płytach (wyjątki od reguły stanowią balladowe„Roter Sand”, „Frühling in Paris”, gdzie Lindemann śpiewa kawałek tekstu „Non, je ne regrette rien” z repertuaru Edith Piaf, oraz „Haifisch” inspirowany „Pieśnią o Mackiem Majchrze” z „Dreigroschenoper” Bertolta Brechta). Chwilę uwagi chciałbym poświęcić piosence „Wiener Blut” – tekst utworu opowiada o Josefie Fritzlu, który więził swoją córkę w piwnicy przez dwadzieścia cztery lata i powił z nią siedmioro dzieci.

 

Powoli kończąc historię Niemców ze Wschodu pragnę przytoczyć dwie ciekawostki. 19 lutego 2006 roku asteroidzie o numerze 110393 została przyznana nazwa „Rammstein” („swoją” asteroidę posiada również m.in. Anna German). W 2010 roku natomiast R+ powrócił po ponad dziesięciu latach do Stanów – na nowojorski koncert bilety skończyły się po niecałych dwudziestu minutach od rozpoczęcia sprzedaży.

 

Jeżeli chodzi o moje osobiste TOP10, prezentuje się to następująco:

 

10. Laichzeit
9. Moskau
8. Klavier
7. Wo bist du?
6. Hallelujah
5. Amerika
4.
Wollt Ihr das Bett in Flammen sehen?
3. Frühling in Paris
2. Seemann
1. Stirb nicht vor mir

 

OGŁOSZENIA:

 

Stało się sporo, aczkolwiek najważniejszą rzeczą jest fakt, że nadszedł najbardziej obfity czas w koncerty. W królewskim mieście mieliśmy jesienią już supergwiazdę światowego formatu (Sting), powiew świeżości (pierwszy koncert Kabanosa, wrócę na pewno!), potwierdzenie wspaniałej formy (Raz Dwa Trzy w repertuarze Wojciecha Młynarskiego), jak również objawienie legendy, która prezentowaną muzyką odbiega od moich korzeni (w tej roli weterani z Kalibra 44). W jesiennym rozdaniu będzie można jeszcze posłuchać między innymi uznanych polskich firm (Dżem, T. Love, Pidżama Porno, Acid Drinkers), czy jednego z ciekawszych artystów ostatnich lat w kraju nad Wisłą (w tej roli Kortez, którego druga płyta pt. „Mój dom” ukaże się 3 listopada). Jesienią wystąpią również tacy artyści, których na żywo nie dane mi było jeszcze obserwować (2Tm2,3, Renata Przemyk, Agnieszka Chylińska, Nocny Kochanek). Smutnym faktem jest, że w najgorętszym czasie dla koncertowego Krakowa nie pojawią się takie ekipy jak: Lao Che (który to zespół ma powrócić w wielkim stylu z nową płytą na wiosnę), Vavamuffin i Ludziki. Lecz żeby poziom reggae był stały, z początkiem listopada wpadnie Maleo Reggae Rockers. Początek roku 2018 niesie ze sobą już na tą chwilę kilka ciekawych atrakcji – przyjazd zapowiedziały takie kapele jak TSA, Big Cyc (którego też będę mógł podziwiać po raz pierwszy), Sztywny Pal Azji, Kobranocka czy Krzysztof Jaryczewski ze swoim zespołem. Na chwilę obecną w planach są również koncerty Closterkeller, Urszuli czy Dezertera. Jest dobrze a będzie jeszcze lepiej.

 

Dziękuję za uwagę.

kilkaslowomuzyce : :

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930311234

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii